Rodzina i Dzieci

Nie rób tego swojemu dziecku.

Autor: Wrzesień 27, 2018 Zostaw komentarz

 

Są sytuacje w życiu dzieci marynarzy, których powinnyśmy unikać. Bo dziecku nie pomożemy, a wręcz przeciwnie –  możemy tylko zaszkodzić. I  to są – pożegnania na lotniskach, dworcach… Bo tak jak powrót, to wielkie święto, i jeśli tylko się da, jedziemy z całą rodziną odebrać tatę z lotniska, albo czekamy do północy z plakatem powitalnym na drzwiach.  To już pożegnania nie koniecznie. Dla nas są trudne, a co dopiero dla naszych dzieci?

Gdy mój syn był mały, jak tylko mogliśmy, to odwoziliśmy tatę  na lotnisko, ba nawet ( nie wiem czemu, ale wychodziliśmy z samochodu, aby pożegnać go w bramce). Wydawało mi się to takie naturalne… Przecież zanim miałam dziecko, to czekałam na tej hali odlotów i spoglądałam jak samolot odlatuje, to dlaczego teraz miałoby  być inaczej – myślałam? Jednak, gdy mój syn miał ok. 3 lat, sytuacja zaczęła się komplikować, zaczynał płakać . Potem w domu nie spał, był  smutny… no musiał swoje „odchorować”.

Zaczęłam potem tylko podjeżdżać na lotnisko i żegnać się przy aucie. Ale zaraz po zamknięciu drzwi była histeria, i znowu to samo. On już wiedział, że lotnisko oznaczało wyjazd taty.  Stwierdziłam,wtedy, że absolutnie już nie będę więcej robić tego mojemu dziecku. Nie będę go zabierać na odloty – i od tej chwil przestaliśmy odwozić naszego marynarza. Niech lotnisko kojarzy mu się czymś miłym ( przynajmniej na razie, a taki chyba najtrudniejszy czas wyjazdów był między 3-6 roku życia). Myślę, że to była słuszna decyzja. Odloty nie są dla dzieci. Pożegnania są trudne – po co dzieciom dokładać niepotrzebnych emocji.

I wydawało mi się, że mój – obecnie 8 latek,  jest już kumaty, duży i zdaje sobie sprawę, co to jest wyjazd „w morze” ? Choć wiem, że to przeżywa, bo często potem boli go głowa jest ospały smuty – widać, że nie jest to zwyczajny dzień dla niego. To jednak jest to wszystko w granicach „normy”.

Raz się złożyło, że musieliśmy wszyscy pojechać na lotnisko i odwieźć tatę.  I nie dość, że mi łezki poleciały po ciuchu, to on to strasznie przeżył. Bo widział tatę z walizką, który odchodzi.

Historia jeszcze była o tyle ciekawa, że miałam w schowku laurkę, którą zrobił dla taty, a ja zapomniałam totalnie włożyć ją do walizki. I zaraz gdy tylko tata zniknął z pola widzenia,  syn zapytał się mnie: czy dałam laurkę tacie?

Mówię mu,  że zapomniałam, on w płacz, ja na to –  to biegnij za tatą na lotnisko, on na to – że nie ma butów, ja na to –  to leć w skarpetach…

Wybiegł z auta w tych skarpetach i poleciał na odloty szukać taty ( ja musiałam zostać w aucie z małą Zuzią). To była kosmiczna scena jak wracał zadowolony, że się udało i do tego w tych skarpetach –  słodko, wzruszająco i śmiesznie zarazem.

8 lat to też jeszcze za mało na takie emocje. Odchorował to dwa dni: był smutny, bolał go brzuch, w szkole też odbijał się od ścian. Miałam ogromne wyrzuty sumienia, to była moja wina. Ale już wiem, że poczekamy jeszcze kilka lat zanim odwieziemy tatę razem na lotnisko.


Mimo wszystko, nawet jeśli chcemy uczyć tych emocji, to trzeba to robić bardzo umiejętniej i małymi krokami. Pożegnania dla nas są trudne, warto je dzieciom ograniczyć do minimum. Nie zabierać je na lotnisko, dworzec, nie pozakazywać taty z walizką jak odjeżdża, czy wychodzi z domu. Po co ?

Każde dziecko jest inne, i każde inaczej przeżywa rozłąkę z tatą.:

  • maluchom coś nie gra, jeszcze do końca nie rozumieją o co chodzi, a już mogą mieć problemy ze snem, wołać ” tata” –  jeśli zaczynają mówić, mogą mieć problemy z pęcherzem….
  • takie starsze, wiek przedszkolny. Jeszcze nie radzą sobie z emocjami, ale już mówią i rozumieją dużo bardziej, że taty nie ma. Tak samo, mogą pojawiać się problemy ze snem, chodzenie spać do mamy, tęsknota „mamo tęsknię za tatą”, „chcę do taty”…

Mniejsze dzieci raczej nie mają poczucia czasu. I  taka tęsknota pojawia się rzutami. Jest moment, jest sytuacja  – dziecko sobie przypomni, że taty nie ma i dzieje się, tworzy się tęsknota, wyrażana w bardzo różnoraki sposób.

  • Starsze dzieci – szkolne, już są bardziej  świadome, ba – nawet zaczynają wykorzystywać to, że taty nie ma. Ale to oczywiście zależy już od charakteru…odreagowują buntem. Jedne mniej, drugie bardziej….to też różnie.

Tatusiowe z reguły poświęcają naprawdę wiele uwagi swoim dzieciom, gdy wracają z tego morza. Angażują się w ich życie, spędzają z nimi sporo czasu, po prostu – są. I to  jest na pewno super. Choć i pewnie, obrywa się tym marynarzom, gdy dzieci wchodzą w wiek buntu i  bycia nastolatkiem.

Mamy nie stworzą relacji za tatę, tak to nie działa. Mogą w każdym momencie życia zaznaczać jego obecność, pokazywać zdjęcia, puszczać filmiki, opowiadać o tacie – tak, aby on był w tym życiu. Starsze mogą już rozmawiać przez telefon z tatą, pisać maile. Taki  marynarz sam musi stworzyć tą relację z dziećmi na odległość. Nie ma tak, że wraca i ma milion pretensji do kobiety –  jak to niby ona źle wychowuje jego dzieci. A figa z makiem takim panom dziękujemy. Rodzina – to wspólne dzieło.

Dlatego jeśli nie trzeba, albo nie chcą – nie pchajmy ich im na siłę. Małymi krokami, stopniowo, a na pewno zaowocuje to w przyszłości, i zwiększy ich dojrzałość emocjonalną. Oczywiście wszystko zależne jest od dziecka. Jedne będą miały z tym kłopot inne może mniejszy. Wszystko z rozwagą.

Podobał Ci się post?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *