Lifestyle

Czy jesteś w stanie wytrzymać z marynarzem dłużej niż 3 dni?

Autor: Wrzesień 19, 2019 Komentarz (1)

Co to za pytanie ? Czy  jestem w stanie wytrzymać z moim marynarzem dłużej niż 3 dni?

Pierwsze co przychodzi nam  do głowy, to oczywiście  – no  jasne, że tak!!! Przecież wraca z morza i jesteśmy razem cały czas, mieszkamy razem. No halo.

Ale, to wbrew pozorom bardzo ważne pytanie, które jakoś tak pomijamy w naszych relacjach i w tworzeniu udanego związku na odległość. Ale od początku…

Początki są z reguły takie, że chcemy spędzać ze sobą każdą chwilę, nie widzimy wad, mamy plany, tematy do rozmów, wspólne pasje….wielkie wow.  

I tak płyniemy dalej sobie w tym  naszym związku, odwiedzając różne porty takie jak: ślub, kredyty, dzieci… i super. Realizujemy nasze wspólne cele, tworzymy rodziny, cieszymy się. W każdym z tych portów dostajemy konkretny załadunek radości, ale też kolejnych zadań i obowiązków. Co  oznacza, że musimy współpracować ostro jako załoga, bo logistycznie nasze wspólne życie nie kręci się już tylko wokół nas. To my musimy dbać o to, aby praca tego naszego statku jakoś funkcjonowała.

I  absolutnie nie ma nic złego w codzienności, obowiązkach, dbaniu o rodzinę… bo tego oczywiście tyczy to porównanie wyżej. Tylko czasem  tak łatwo  zapominamy o tym co nas połączyło. Dzieci i rodzina nie są przeszkodą do bycia dalej tymi zakochanymi wariatami. Jednak bywa, że pochłonięci wspólnym rejsem mimo, że się widzimy – po prostu odtwarzamy dni, gonimy za obowiązkami.

Już nie jesteśmy dla siebie na pierwszym miejscu. Gdzieś tam mignie całus, pojawi się namiętny seks, pogadamy sobie jak dzieci zasną albo między zakupami, pójdziemy do kina. Jako dorośli i odpowiedzialni rodzice dostosowujemy się do rytmu dnia zapominając totalnie,  żeby w ten rytm dnia wcisnąć siebie i tylko siebie.

Czy jesteś w takim razie w stanie wytrzymać chociażby tydzień sam na sam ze swoim marynarzem? Poza domem, poza obowiązkami, poza dziećmi, poza rodziną. Po prostu razem spędzać czas! Cieszyć się sobą, rozmawiać całe dnie, leniuchować, relaksować się, kochać się z rana, pić wino, jeździć na rowerze… być bez swojej codzienności, wspierać się w czymkolwiek…?

Pytam, bo wiesz wydaje się to oczywiste, że tak. Ale powiedz kiedy ostatnio mieliście taki czas?  Mając dzieci: małe, mniejsze, średnie – taki czas sam do was nie przyjdzie. Zresztą w żadnej sytuacji taki czas sam nie przyjdzie. Wiem, że  można się tłumaczyć na milion sposobów:

Przecież on dopiero wrócił i chce pobyć w domu.

Nie widział dzieci 2 miesiące.

Nie mamy z kim zostawiać dzieci.

Nie dostanę urlopu.

My tego nie potrzebujemy widzimy się w domu.

i takie inne wymówki.

Bo to wymówki. Marynarz jako tata spędza z dziećmi mnóstwo czasu, opiekę jak się chce, to się znajdzie. Babcie, ciocie, kuzynki, nianie… Urlop? Na etacie jest 26 dni urlopu w roku 5-6 dni na pewno wygospodarujesz dla męża. Uwierz też, że dzieci nie muszą być cały czas przy tobie, przy was. Naprawdę nic im się nie wydarzy, wręcz przeciwnie – one też czasem  muszą odpocząć od rodziców ( szczególnie od mamy, która jest z nimi cały czas). To  je uczy samodzielności i poruszania się w świecie. Zaraz pojawi się na pewno kilak głosów, że nam  nie przeszkadza podróżować, czy spędzać gdzieś tam czas wspólnie z całą rodziną – my tak lubimy. I pięknie i super, rodzinnie ma być. Ale wciskanie kitu, że to  jedyna i najlepsza opcja na tworzenie związku, to jakiś absurd.

Związek tworzy dwoje ludzi  i oni dalej tworzą rodzinę. Ale rodzina bez mocnego związku nie przetrwa. No sorry, taki klimat. Może czasem warto spojrzeć sobie w oczy, wyjechać gdzieś, być tylko sam na sam. Cofać się o tego co nas połączyło i sprawdzać co jakiś czas, czy dalej działa. My wspólne życie mamy mieć tu i teraz,  a nie dopiero wtedy, gdy  dzieci  opuszczą dom, zwłaszcza, że jako rodziny marynarskie mało mamy tego czasu wspólnego. Żeby nie było, że nagle okazuje się, że obok nas stoi człowiek z którym mamy mało wspólnego.

Jestem pierwsza zawsze do każdych wspólnych wyjść, wyjazdów. I mimo, że dbam o to w związku, staram się aby czas z moim mężem mieć też „ten nasz”, do którego dzieci wstępu nie mają. To i tak wpadłam w pułapkę od której uciekałam. Nawet nie wiem kiedy po drugim dziecku, zleciał czas. Ale okazało się, że nie byliśmy nigdzie razem SAMI dłużej niż 2 -3 dni od ponad 4 lat. I  tak stoję i pukam się po głowie i myślę sobie –  czy wytrzymam z nim dłużej sama, czy to  jeszcze działa?

Okazja czyni złodzieja, tak więc wykorzystałam chęć jego wyjazdu na zawody, kolonię starszego syna, dołożyłam kilka dni, zaangażowałam babcie do córki i tak powstał nasz prawie 7 dniowy wspólny projekt – urlop. I powiem wam szczerze  w tajemnicy, że mój M chciał jechać z dziećmi. Ale byłam uparta użyłam miliona argumentów i oczywiście na końcu okazało się, że przyznał mi rację. Dołożył od siebie dodatkowy dzień na żaglach po trasie i szkolił mnie w żeglarstwie.

Prawie 20 lat nie byłam latem w polskich górach. A fakt, że mój M brał udział w wyścigu kolarskim właśnie tam, tylko otworzył mi drogę do wyjazdu. I tak był dzień na żagle. Trzy dni na górskie szlaki i dwa dni na kolarstwo. I  co? Wszyscy byli zadowoleni. Ale to co w tym  wszystkim miało działać to – my.

I  nie chodzi o to, abym tu opisywała swój urlop ale tyle co  przeżyliśmy przez te 7 dni wspólnie, to w życiu nie doświadczylibyśmy tu w Gdyni w domu. Okazało się , że wytrzymałam z nim dłużej  niż 3 dni. Chociaż wcale nie było to oczywiste. Skazani tylko na siebie w innych warunkach zaliczyliśmy kilka wpadek – ale to właśnie po to jest, aby cały czas się docierać. 

Nie jestem chodziarzem, trzy dni na ścieżkach górskich dały mi w kość ( z czego 1 dzień byłam sama, bo mój M sprawdzał trasę ) a mimio wszystko, gdy tylko mój M startował swój górski odcinek Tour de Pologne amatorów. Wstałam o 6.00,  wzięłam  stary rower z pensjonatu i pojechałam na start. Chciałam zobaczyć go w akcji, wiec gdy tylko wystartował ( kto zna ten wie, że Bukowian Tatrzańska, to raczej nie płaska taras, to  hard core) ja inną drogą pojechałam na miejsce, gdzie on zaliczy najtrudniejszy podjazd.

Zdążyłam, pokibicowałam, uroniłam łezkę i cisnęłam szybko inną trasą, aby zdążyć i zobaczyć go na mecie. Śmiałam się że to był mój  Tour de Pologne, ja zrobiłam jakieś 20 km ale po górskich odcinkach, umarłam ale zdążyłam cudem -zobaczyłam metę. Mój M zrobił cały odcinek tour the Pologne dla amatorów,  gdzie 3 h później kibicowaliśmy zawodowcom.

Przemieszczałam się starym rowerem po górach w upale z zakwasami. I nie piszę tego dlatego, żeby się chwalić ale tylko dlatego, że jestem  mega dumna z niego i  z siebie. Bo zrobiłam to automatycznie, po prostu chciałam, z potrzeby wsparcia.  Dało mi to  mnóstwo szczęścia i naprawdę dumy z męża.

I właśnie z perspektywy czasu widzę ile dają takie sytuacje. Gdy ogarnął mnie lęk i zmęczenie, aby wspiąć się po łańcuchach, to on zaczął wspierać mnie i dzięki niemu pokonałam strach i weszłam. To  może pikusie, albo jakieś zwykle sytuacje. Ale czy próbowaliście? Czy próbowaliście wytrzymać ze sobą trochę dłużej niż 3 dni sama na sam, poza ciepełkiem domowym i tym co znane? Jak nie, to polecam.

Tak  to jest w tych naszych związkach, że na co dzień  żyjemy te kilka miesięcy w roku osobno. Gdy  jesteśmy razem, tym bardziej  powinniśmy pracować nad tym, aby  to „razem” było  faktycznie prawdziwe. Może i takie życie na odległość nam tego nie ułatwia ale na pewno każdy zauważa, że bycie osobno jest do dupy. Wiec gdy  jesteśmy w końcu razem – wykorzystujmy to, nie twórzmy wymówek.

Podobał Ci się post?

Komentarze (1)

  • Masz rację. Ale to sie sprawdza nie tylko w naszych zwiazkach na odlehlosc. I stacjonarnii czesto tak zatracaja sie w codzienności i obowiazkach i skupiaja na dzieciach, ze po 20 latach takiego funkcjonowania tylko dla dzieci, gdy te wyfruna z domu nie mają o czym ze soba rozmawiać. Sa sobie zupelnie obcy.
    Taki wyjazd sam na sam jest mega fajny. Pierwszy i jedyny raz mielismy okazje na to 2 lata temu gdy byl w Szczecinie. Babcia zgodziła sie zostac z 2 bablami, bo „to TAKA OKAZJA”. Przejechalam sama samochodem cala Polskę (jakies 700km) po to, by wejsc na jego statek, zobaczyc kawalek jego świata a potem zabrac go z niego. On zaplanowal 3 dni na powrót z postojami m.in. w miejscowosci nadmorskiej najbardziej wysunietej na zachod bysmy mogli podziwiac zachód slonca nad morzem. Szkoda, że kolejnego dnia zamiast cieszyc sie soba i szukac drugiego noclegu lecielismy do domu, bo babcia zaniemogła. Ale te w sumie 2 dni daly duzo energii. Teraz mam szalony plan poszukac jakiegos fajnego koncertu tylko dla nas wyjazdowo 🙂 babcia tak bardzo chce dzieci do siebie na nocleg 😛

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *