Historie czytelników

W swoim życiu przeszłam załamanie nerwowe…

Autor: Luty 1, 2019 5 komentarzy

Gdy  miałam  już gotowy tekst Czy  ty naprawdę uważasz, że masz prawo ją kontrolować?  napisała do mnie Anita, o tym, że idzie do przodu. W trakcie rozmowy poprosiłam ją , czy  nie napisze dwóch zdań. Tak, aby  ten  tekst zamknąć historią kogoś, 

Ale dwa zdania nie starczyły i  tak powstała historia Anity, która ma swój osobny wpis. 

Takie rozmowy zdarzają mi się coraz częściej właśnie z tym problemem  „władzy”. To  oczywiście nie tylko tyczy marynarzy, po prostu – mężczyzn. Czasem to drobnostki – może nie zauważamy. A czasem większy  problem. Anita to świetny przykład na to, że można próbować coś zmienić – wcale się nie rozwodząc, nie skreślając wszystkiego od razu. Po prostu, zrobić coś – próbować. 

 

 


Znamy się od 22 lat, małżeństwem jesteśmy od 21
Zawsze na początku znajomości są motyle w brzuchu i wielka miłość. Wcześniej nie zauważałam tego co  po ok 18 latach małżeństwa. Mąż odsunął mnie od moich znajomych. Po roku znajomości zaszłam w ciążę, miałam 19 lat. Syna urodziłam już w wieku 20. Mąż już studiował. Nie wprowadziłam się z dzieckiem do akademika, tak to robiły inne pary (tak słyszałam). On był w tygodniu w innym mieście, a na weekend przyjeżdżał do mnie. Miałam bardzo duże wsparcie od rodziców, mieszkałam z nimi.

Studia zaczęłam dopiero, gdy syn miał 3 lata. Oczywiście niestacjonarnie. Zrobiłam licencjat. Na II roku studiów poszłam do pracy. Po ukończeniu studiów urodziłam córkę. Cały czas zajmowałam się dziećmi i procowałam. Mąż po ukończeniu swoich studiów pracował w zawodzie jako marynarz. Gdy syn miał 4 lata kupiliśmy mieszkanie w bloku. Mąż szukał domku, ale nic ciekawego nie znaleźliśmy w okolicy. Według niego to był stan przejściowy. Marzył mu się dom. W mieszkanie, które kupiliśmy nie wymagało remontu. Uparł się, aby razem z mieszkaniem kupić zastane tam meble i łóżko sypialne, żeby obniżyć koszt umeblowania. Meble są do dziś. Po każdej zmianie w mieszkaniu miałam awantury. Mówię tu o zmianach typy: nowa szafka na buty lub malowanie ścian. Jasno miałam sygnalizowane, że za mało zarabiam aby móc decydować o takich wydatkach. Takimi sposobami byłam odsuwna od podejmowania jakichkolwiek decyzji. Bałam się potem już decydować.

Nie raz mąż rozliczał mnie z tego jak wydatkowałam JEGO pieniądze i dlaczego tak dużo wydałam. Wiem, że kobiety, marynarzowe są różne, ale ja, według mojego mniemania, wydawałam na dzieci i na życie. Nigdy nie byłam rozrzutna. Konto mieliśmy wspólne, rozliczana byłam więc z wydawanych przeze mnie zarobionych pieniędzy. Dziwne, że niczego niewłaściwego nie zauważałam w naszym związku. Może tak byłam wychowana przez moją mamę, na uległą… nie wiem. Jednak, gdy dzieci wyrosły, a ja zwolniłam obroty, miałam już więcej czasu dla siebie, coś mi nie pasowało.

Utworzyłam nowe konto w banku, abym mogła decydować sama jak wydatkuję swoją pensję. Dodam, że tak naprawdę, to o niczym nie decydowałam w domu. Na narty jeździliśmy tylko wtedy jak mąż chciał. Jeden wyjazd opłaciłam ja, to był do kitu poprzez ciągłe awantury i zły humor męża. Na ten wyjazd zapożyczyłam się w pracy, który potem spłacałam przez kilka lat. Wyjazdy w ciepłe kraje nie wchodziły w grę. Mąż po prostu nie chciał. Na pierwszy odłożony ze swoich pieniędzy wyjazd w wakacje chciałam NAS wziąć do Krakowa. Wtedy idolką córki była Violetta, i w sierpniu miała tam koncert. Chciałam połączyć koncert ze zwiedzaniem. Mąż jednak powiedział, że w Krakowie już był i że tam nic nie ma. Odmówił wyjazdu. Pojechałam sama z córką. I to był wydaje mi się przełom. W kolejne wakacje pojechaliśmy razem do  Gdyni, dopiero po tym jak powiedziałam, że jak mnie gdzieś nie weźmie to pojadę sama. Wiedział już, że jestem w stanie na coś odłożyć. Za jego decyzją pojechaliśmy sami, bez dzieci. W minione wakacje byliśmy we Włoszech –  też sami. Można by sobie pomyśleć, że nie powinnam narzekać. Jednak na każdym z tych wyjazdów o niczym nie decydowałam. On płacił-on decydował.

Sprawy się pogorszyły, gdy zaczęłam biegać. Zdarzały się wyjazdy na zawody biegowe do miejscowości sąsiadujących. Według niego, nie mogę nic robić jak jego nie ma , ale jak jest to też stawia jasno sprzeciw moim wyjazdom. Wiele burz za nami na ten temat. Ja jednak nie chciałam z tego rezygnować. To było coś co dawało mi ulgę w tym zwariowanym życiu z moim marynarzem. Coś co mnie odstresowało. Wkładałam słuchawki do uszu i po prostu biegłam. Aktualnie jesteśmy po paru wizytach u psychologa. Sytuację postawiłam jasno, albo się zmieni i zaakceptuje to, że ja się zmieniłam, albo się rozchodzimy. Niestety mąż nie chce już chodzić do psychologa. Uważa że jest mu niepotrzebny. Widzę jednak, że próbuje zaakceptować moją zmianę.

W swoim życiu przeszłam załamanie nerwowe, które doprowadziło do tego, że mój syn w wieku 6-7 lat myślał o samobójstwie. To  był najtrudniejszy czas. Wtedy zaczęłam rozumieć sytuację w, której  jestem, jak  ona bardzo wpływa nie tylko  na mnie. Że coś muszę zrobić. Odbiłam się i odbijam się nadal.

Fakt, że mąż mój nie sprawdził się jako ojciec, spowodował duże problemy z córką. Nigdy nie interesowały go wyjazdy rodzinne, wspólne spędzanie czasu – wręcz ich unikał. Teraz zbieram tego żniwo.
Nadal pracuję. Mało tego, zaczęłam magistra. Mąż był przeciwny temu. Nawet powiedział, że mi zabrania. Ja jednak uparcie pokazuje mu, że jestem osobnym organizmem i że nie może traktować mnie jak swoją własność.

Z synem mam teraz bardzo dobre relacje. Dużo starań mnie to kosztowało. Mam nadzieję, że praca „nad córką” tez przyniesie korzyści emocjonalne….


Zajrzyj tu  >>>> Czy ty naprawdę uważasz, że masz prawo ją kontrolować? 


Podobał Ci się post?

Komentarze (5)

  • Mnie się wydaje, że postąpiłabym inaczej – rozwiodłabym sie, odeszła, byle ratować siebie, a przede wszystkim dzieci, by w dojrzałym życiu nie były obciążone – ale zapewne łatwo się pisze, ocenia z własnej perspektywy, tak naprawdę wiem o Pani tyle co nic.. dlatego życzę duzo sił – Pani i Pani dzieciom. Zrobiła Pani już wiele, mysle, że wszystko zaprocentuje, proszę się nie poddawać i… pomyśleć o terapii dla dzieci. To ważne. Ale duzo serdeczności.

  • Bardzo smutny tekst… kobieta nie dość, że sobie zmarnowała pół życia to jeszcze dzieciom…. Kasiu, proszę nie promuj WSPÓŁUZALEŻNIENIA w relacjach… klasyczny przykład. tzn fajnie, że kobieta wreszcie otworzyła oczy, ale to nie jest powód by sie chwalić małżeństwem że niby rozwodu nie wzięła. Bo co to jest za małżeństwo? Bardziej zaciskanie zębów i zakładanie homonta na plecy, nie ma tu mowy o żadnym partnerstwie.

    • Nie promuje. Ale warto czasme poruszyć takie historie. Bo trochę ich czytam i jest ich więcej niż jedna. Moze inni zrozumieją, zrobią coś w swoim życiu. To bardziej o to chcodzi.

      • Mase kobiet nosi ze sobą taką historię, bo niestety tak zostały nauczone, że małżeństwo to nierozerwalna świętość. Dobry facet bo „nie bije, nie pije” niestety jeszcze pokutuje w głowach wielu… Nie ważne, że niszczy psychikę wszystkim w rodzinie, nie ważne, że dzieci mają przez niego problemy emocjonalne i mają garba na całe dorosłe życie, ważne że zacislam zęby i się nie rozwiodlam.
        Tak, uważam że to bardzo ważny temat i trzeba o nim pisać, zwlaszcza o przemocy psychicznej. Artykuł dużo wnosi i pokazuje co sie stanie jak „zacisne zęby i się nie rozwiode”. Pokazuje trudną relację polegającą na wspołuzaleznieniu, w które to wpadają ofiary przemocy psychicznej.
        Niestety w tym zawodzie łatwo o wypaczenie charakteru, nie każdy jest na tyle silny by wytrzymać to wszystko bez stania sie „zimnym”. Ważne by o siebie dbać, samej potrafić rozpieszczać siebie. Widzieć siebie jako odrębną jednostkę niż M, dobrze się czuć samej ze sobą. Dbać o siebie po prostu dla siebie, a nie dla M czy kogoś innego z zewnątrz. Umiec „odpuszczać” sobie. Nie można siebie stawiać w roli poświęcającej się ofiary- orderu za to nie rozdają.
        Zaskakujące jest to, że istnieje pewna grupa kobiet, która lubi się ze sobą licytować, która to ma gorzej w życiu. I nie ma w tym wzajemnego wsparcia tylko są słowne licytacje. Ta która „wygra” czuje się lepsza. To raczej nie o to chodzi, a mam wrażenie(podkreślam, że jest to subiektywne wrażenie), że Pani o której mowa w artykule jest niejako dumna z tego, że wytrwała cierpiac tyle lat, mimo tego że widziała jakie jej mąż sieje spustoszenie dookoła. Ale i tak należą się gratulacje, że w końcu spojrzała na siebie w tym wszystkim.

  • Co napisać…ja już wcześniej pisałam…..Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *