Historie czytelników

PIERWSZY RAZ POŻAŁOWAŁAM, ŻE ZGODZIŁAM SIĘ NA TAKIE ŻYCIE…

Autor: Lipiec 6, 2017 45 komentarzy

Dostaję od Was sporo wiadomości bardzo rożnych. Napisała do mnie też Ania. I wiedziałam, że to jest historia, która musi być na blogu ( jeśli macie swoje – to piszcie o nich). To taka sytuacja, w której zadajesz sobie fundamentalne pytanie CZY WARTO ? 


Witaj Kasiu. Na początku chciałabym Ci podziękować za Twoją stronę i bloga. Kilka lat temu jak szukałam grup wsparcia dla żon marynarzy, to nie było praktycznie nic godnego uwagi. Poruszasz tematy związane z tym, co nas spotyka każdego dnia. Mam osobistą prośbę o opisanie sytuacji, która mnie spotkała, z którą obecnie się zmagam.

Z moim mężem od 5 lat jesteśmy małżeństwem. Od samego początku staraliśmy się o dzidziusia. Jednak bezskutecznie. Ja od roku wykonałam mnóstwo różnych badań, z których wynikało, że ze mną wszystko ok. Przyszedł czas na M i jego badania. Po powrocie ze statku, zrobił badania u różnych lekarzy. Sugerowano, że powinien zmienić pracę, że powinien starać się od samego początku, bo 10 lat pracy przy radarach mogło mieć na to wpływ. Sugerowano roczny urlop. Po szczegółowych badaniach 3 z nich stwierdziło, że ze względu na duże wady morfologiczne plemników nie uda nam się w naturalny sposób zajść w ciążę i jedynie in vitro wchodzi w grę. Tylko 1 doktor powiedziała, że nam sie uda. Mój M zazwyczaj pływa po 6-7 miesięcy, a potem 2 miesiące w domu. Tym razem był 3 miesiące w domu  i udało mi sie zajść  w ciążę. Nasza radość była przeogromna. Radość mieszała się ze strachem  – czy wszystko będzie dobrze?  Do 10 tygodnia wszystko było w porządku. Mój M akurat po miesiącu zmieniał statek, firmę, więc przyjechał do domu na 2 dni. Tuż przed jego wyjazdem na statek, jakieś godziny, trafiłam na izbę przyjęć z plamieniami. Akurat za 2 dni miałam mieć badania prenatalne. Niestety już ich nie doczekałam. Badanie usg pokazało, ze ciąża obumarła, że dzieciątko przestało się rozwijać w połowie 10 tyg ciąży, czyli tydzień wcześniej i muszę zgłosić się do szpitala na tzw. łyżeczkowanie. Mój M za godzinę miał mieć busa na lotnisko. Wielki dylemat co ma zrobić- czy zostać ze mną czy jechać? Mimo tego bólu kazałam mu jechać na statek. Niestety kryzys na rynku, kredyty sprawiły, że mąż musiał jechać na statek, nie mieliśmy aż takich oszczędności,żeby móc dłużej ze sobą pobyć,zwłaszcza w tym trudnym czasie. Sprawa jest świeża, bo wszystko wydarzyło się z niedzieli na poniedziałek. Od tego czasu ciągle ze sobą rozmawiamy przez telefon satelitarny, e-maile, bo tylko taki mamy kontakt.

ship-2191655_1920

Zostałam sama z tym wszystkim, rodzina mnie wspiera, M na odległość też,  i wiem, że jest mu bardzo ciężko. Wróci dopiero za 5 miesięcy. Mimo tego, że jest przy mnie teraz mama, to brakuje mi mojego Marynarza jak nigdy w życiu. To rozstanie było najtrudniejsze ze wszystkich. Próbuje się otrząsnąć i żyć dalej, ale jest mi niezmiernie ciężko i obwiniam los za takie życie. Pierwszy raz pożałowałam, że zgodziłam się na takie życie. Moje serce cierpi, a dusza krzyczy: to takie niesprawiedliwe, co nas spotkało. Nie wiem czy któraś z nas z żon marynarzy przeszła taką sytuację- straciła dziecko, poroniła. Jak dała sobie radę? Jak relacje z M po tym wszystkim?


Ostatnio rozmawiałam z koleżanką o rożnych sytuacjach znajomych nam osób, które chorowały albo których dzieci chorowały i umarły. I niestety bardzo często w efekcie, już po walce o życie. Niezależenie od tego czy dobrze się kończyło czy nie – ludzie bardzo czesto się rozstawali. Nie dawali rady być ze sobą, po tak traumatycznych przeżyciach. Nie chciałabym generalizować, ale czy trochę nie jest tak, że te małżeństwa marynarskie potrafią być bardzo silne? One są już wcześniej zahartowane, takimi a nie innymi emocjami. A w związku najważniejszy  jest fundament. I  śmiem twierdzić, że my sobie tym stylem życia ten fundament, bardzo solidny – budujemy. Co oczywiście nie oznacza, że zawsze się udaje. I  tu, to pytanie z samego początku . Czy  warto? Czy naprawdę wszystkie takie trudne sytuacje jesteśmy w stanie przetrwać po części same? Czy  jest  gdzieś granica? Czy są takie sytuacje, gdzie nawet kosztem pracy Marynarz nie powiewnie popłynąć ? Nie wiem! Ale jedno wiem  na pewno, że u nas ta granica wytrzymałości jest o wiele dalej, niż u stacjonarnych. To potrafi wzmocnić i szybko się zregenerować. A decyzję jadę czy nie? Podejmowane są bardzo szybko – tu i teraz! Nie ma czasu na analizę czy przygotowania. W pływaniu, zawsze jest niewiadoma.


Aniu jesteś bohaterką. Ja trzymam za ciebie kciuki bardzo mocno i wierzę w Was i  w ciebie. I też wiem, że dostaniesz tu masę wsparcia. Bo  tu  nigdy nie będziesz sama – masz też nas. Dużo siły też dla Marynarza, który musiał w tej sytuacji jechać na 5 miesięcy do pracy. To wszystko to najwyższy level emocji. Trzymaj się chłopaku.

Jeśli, ktoś z Was ma podobne doświadczenia – piszcie w komentarzach. Ania znajdzie na pewno w nich wsparcie. Bo kto jak nie żona marynarza, żonę marynarza zrozumie. 

A cała ta historia zainspirowała mnie mocno do poruszenia tematu radarów i płodności – o tym wkrótce. Zbieram informacje. 

Podobał Ci się post?

Komentarze (45)

  • Artykul jest moim zdaniem nie namiejscu. Zostaly poruszona watki bardzo prywatne – osobiste.

    Moim zdaniem prowadzenie bloga nie polega na poruszaniu tak drastycznym przypadkow. Polecam zastanowic sie nad koniecznoscia pisania o tak nieprzyjemnych sprawach!

    Pozdrawiam
    Krystyna

  • Witajce Dziewczyny,

    to ja Ania….

    nie zaglądałam tutaj dawno. Ból po stracie dziecka nienarodzonego towarzyszy mi przez kilka ostatnich miesięcy. W dodatku ciągle rodzące się dzieci wokoło ten ból wzmagały. Zrobiliśmy szereg badań. Okazało się, że płodność męża wynosi 1% !!! Lekarz z kliniki leczenia niepłodności zasugerował, żeby mąż zmienił pracę, bo wibracje na statku (nie radary) powodują deformacje plemników. Diagnoza- szansa na kolejną ciążę niewielka. Po wielu rozmowach postanowiliśmy udać się do ośrodka adopcyjnego. Nie wyobrażamy sobie życia bez dziecka czy dzieci. Procedury w ośrodku adopcyjnym trwają bardzo długo…….a dzisiaj zrobiłam test ciążowy, który wskazał 2 kreski. Teraz czuje strach, czy to prawda, czy dziecko będzie zdrowe, czy znowu go nie stracę…czeka mnie wizyta u lekarza i potwierdzenie. Trzymajcie kciuki!

  • Nie rozumiem tych kilkumiesiecznych kontraktow. Drżę ma myśl, że moj maz mial by znowu tak plywac. On zreszta tez. Od trzech lat plywa w systemie 6/6 tyg i teraz w koncu zyjemy normalnie. Tak! Normalnie! Na ile mozna zyc normalnie w takim ukladzie. Mozna planowac… moge odwlec wizyte u mechanika, moze zabrac tylko mala torbe.. moge powiedzie: kochanie nie rob tego, zalatwisz to, gdy wrocisz… i maz moze realnie widziec jak rosna dzieci. Te dlugIe kontrakty sa nieludzkie i powinny byc nielegalne. Zycie mija, a ty dostosowywujesz swoje emocje, swoje potrzeby, swoje plany do tego by cos odlozyc na pozniej… na wtedy, gdy on bedzie znowu… na za pare miesiecy. Wchodzilam na tego bloga, gdy maz plywal miesiacami… dzis jestem tu przypadkowo… bo w koncu zyje tak jak zyc sie powinno.
    Wspolczuje tragedii… ale nie bylaby mniejsza, gdybyscie byli razem… a Wy musicie dostosowac sie do tego jak Wam dane jest ja przezywac… zycze wiec, by udalo sie cos zmienic w zyciu, bo niejedna jeszcze tragedia przed Wami.. takie jest zycie. A gdy beda dzieci… tez bedzie bolalo, ze jego ciagle nie ma.

  • wiem co czujesz. tak dokładnie wiem. ..sama straciłam moje dziecko 2 miesiące temu. M. wyjechał na statek a ja po kilku dniach miałam badania prenatalne. okazało się ze dziecko nie żyje.myślałam ze umrę z bólu. prosiłam to zeby wrócił do domu i udało się. wrócił i spędZił że mną tydZień. teraz wiem jak ten tydzień był ważny. tym bardziej podziwiam Cię. czekaliśmy na to dZiecko od lat. mialam inseminacje 3 in vitro. a nawet adopcje prenatalna. tez w wiekszosci jestem sama na wizytytach badaniach transferach itp. jeśli chcesz pogadać to służę pomocą. pewnie jakoś można nas skontaktować 🙂 trzymaj się i pamiętaj.. kiedyś przestanie boleć tak bardzo

  • Aniu… W lipcu wzięłam ślub z moim M w sierpniu okazało sie, że jestem w ciąży- porod mial byl w maju od razu pomyślałam to piekny i wrecz idealny miesiąc na porod…W 20 tygodniu okazalo sie, ze będzie synek o czym poinformowałam wszystkich „znajomych” na fb. Dzis odradzam wszystkim, ktorzy maja zamiar dzielic sie informacja o dziecku publicznie… Koniec stycznia 25 tydzień trafilam do szpitala poniewaz nie czulam ruchow synka. W szpitalu powiedzieli że wszystko jest dobrze, ale Pani doktor postanowila ze zostane noc w szpitalu. Późnym wieczorem zrobiono mi Usg- wszystko dobrze. Rano wzieli znow na Usg zeby sprawdzić i wypisac do domu, ale tak sie jednak nie stalo….Uslyszalam, ze moj synek nie zyje….zaraz miną 4 lata, a ja pamietam kazdy szczegół. Męża nie bylo mial wrocic za jakies 3 tygodnie. Cale szczęście byla ze mna mama ktorej pozwolono zostac ze mna w szpitalu na noc.Uslyszalam, ze musze urodzic ze beda podawane leki na wywolanie ciąży … trwalo to prawie 2 doby- 2 doby czekania na porod dziecka ktorego nie mozna będzie przytulic i zabrac do domu, a co gorsza trzeba bedzie isc do urzedu i nadać Mu imie zeby otrzymać akt zgonu… to byly najgorsze dni mojego zycia i bylam wtedy bez Meza…
    Bylam zla na Meza, ze nie ma Go przy mnie ale wiem ze On cierpiał z tego powodu nie mniej niz ja. Jeszcze tego samego roku udalo mi sie zajsc w kolejna ciążę i urodzic coreczke a pozniej druga. Dzis mam dwie zdrowe coreczki, ktore kocham najbardziej na świecie.
    Dzieci nie umieraja tylko zmieniaja date swojego przyjścia na swiat, a w moim przypadku zmienily tez płeć.

  • Polecam książkę „Cisza pod sercem” Moniki Orłowskiej. 15 października jest obchodzony Dzień Dziecka Nienarodzonego.

  • Co prawda nie poronilam, ale przeżyłam chwile grozy, kiedy w 7.tc zaczęłam plamic. Trwało to kilka dni. Poszłam na IP z torbą, bo nastawiłam się, że zostanę w szpitalu. Na szczęście wszystko okazalo się w porządku, ale co przeżyłam to moje.
    Wierzę mocno, że i Wam będzie dane cieszyć się rodzicielstwem. Pozdrawiam

  • Droga Aniu!

    Domyślam się, że jest Ci bardzo ciężko i przeżywasz teraz trudne chwile. Ja nie mam za sobą takich doświadczeń, znam jednak kilka przypadków, kiedy pary spotkała podobna historia, również wśród rodzin marynarskich. Osbiście znam kobiety, które straciły dzieci w 5-6 miesiącu a dziś biegają do przedszkoli po swoje małe Skarby. Znam też wiele przypadków, kiedy pary słyszały, że nie ma szans na dzieci i….. szczerze mówiąc żadna z tych par nie jest bezdzietna. W najgorszym przypadku jest to jedno dziecko? Moi Wujkowie starali się o dziecko 10 lat. Ciocię zaczęło odrzucać od zapachu farb,kiedy szykowali przeprowadzkę do własnego, kupionego mieszkania Dziś ich dzieci są już dorosłe a ja powtarzam tę historię każdej koleżance, która zrezygnowana mówi mi co usłyszała od lekarza. Ostatni przypadek to koleżanka, której zrobiono badanie drożności jajowodów i stwierdzono, że nie ma szans żeby zaszła w ciążę naturalnie bo jest całkowicie bezpłodna. Długo dojrzewali z mężem do decyzji o in vitro, całkowicie przestali się spinać jeśli chodzi o zachodzenie w ciążę i …. kiedy pojechała szykować się do zabiegu usłyszała że in vitro nie będzie bo…. jest w ciąży. Dziś ich córcia kończy pół roku. Takich historii jest mnóstwo…. Aniu, macie wszystko co potrzeba- Waszą miłość i wielkie pragnienie. CUDA zdarzają się każdego dnia, musicie tylko mocno w to uwierzyć i jeszcze poczekać. Ja trzymam za Was kciuki. Wierzę, że doczekacie się swojego Aniołka!?

  • Aniu… dzieci wracają ?

  • Kochana, byliśmy z mężem w podobnej sytuacji, tyle, że nasza historia sięga trochę dalej. Poznaliśmy się jeszcze w liceum. Byliśmy dosyć nieodpowiedzialni, co doprowadziło do tego, że zaszłam w ciążę. Poronilam w 10 tyg. Ponieważ byłam jeszcze w liceum nikt się tym nie przejął, oboje wiedzieliśmy że to dla nasz i nauczka i szansa, choć moje cierpienie w tej radości wszystkich obok było okropne. Poszliśmy na studia. Kiedy obydwoje zaczęliśmy pracować Po studiach i wszystko się fajnie układało, poczulismy, że bardzo chcemy mieć dziecko. To był impuls na wakacjach w Bieszczadach. Ku naszemu zdziwieniu udało się od razu. Poronilam w 10 tygodniu ciąży. To było tak potworne dla mnie, że płakałam codziennie przez miesiąc. Wracałam do domu z pracy i już w progu zaczynałam płakać. W przeciwieństwie do Ciebie mój mąż był przy mnie, ale on radził sobie w inny sposób. Każde z nas po swojemu to przeżywało. Dla mnie osobiście ciężka chwila nadeszła, gdy możliwość ponownego starania się o dziecko Po poronieniu zbiegła się w czasie z wyjazdem męża. Mniej więcej w tym czasie w ciążę zaszła moja przyjaciółka. To było wtedy dla mnie jak cios. Musiałam odłożyć moje pragnienie posiadania dziecka na prawie całe 4 miesiące. Po powrocie męża zaczęliśmy starania. Ponieważ mam pracuje w systemie 4/4 miesiące chcieliśmy by udało siebie razu, by mógł zdarzyć na potencjalny poród. Nie udało się w 1,2 ani 3 miesiącu, mimo że wydawało mi się za każdym razem że mam każdy objaw z możliwych świadczący o ciąży. W ostatnim miesiącu zupełnie sobie odpuściłam. Zrobiłam test ot tak, bo miałam zapas… Ku mojemu zdziwieniu ujrzelismy 2 kreski. Mąż wyjeżdżał gdy byłam w 8 tygodniu. Byłam przerażona, że znowu starace ciążę, a jego nie będzie. Trzecia strata byłaby dla mnie nie do przeżycia. Udało się! Wprawdzie mąż spędził praktycznie pol roku za statku, by moc być że mną podczas porodu, ale przeszliśmy przez to na odległość, ale wspierając się dobrym słowem. Teraz obok nas leży 4 miesięczny synek, a mąż za 5 dni wyjeżdża za kontrakt. Poronienie jest ciężkim doświadczeniem, ale nawet gdyby mąż był obok Ciebie nie byłoby lżej… Takie cierpienie kobieta przeżywa po swojemu… Skup się teraz na sobie. Zrób to co ja – badania, zacznij brać kwas foliowy i myśl pozytywnie. Mi udało się znaleźć przyczynę poronien i już się nie boję ?

  • Witaj Aniu. Przytulam Cię mocno. Byłam w podobnej sytuacji. Też 10 tydz. mąż w połowie kontraktu. Mogliśmy rozmawiać tylko telefonicznie. Przeżywaliśmy stratę dziecka, każde po swojemu. Dopiero po powrocie mogliśmy przeżyć żałobę razem. Pamiętaj, żeby się nie obwiniać, ani męża. Teraz to może być trudne ale uwierz w swoją siłę. Jeśli zdecydujesz, że pomoże Ci rozmowa z kimś innym niż rodzina, to dzwoń i pisz śmiało.

  • Poronienie jest dla każdej kobiety bardzo bolesne. Jednak sporo kobiet, niestety ma je za sobą.
    Nie wiem jak Wy, ale ja bardzo mocno przezywam naszą rocznicę ślubu. Jako żona marynarza powinnam trochę z tym zluzować, jednak nie potrafię. Dlatego jak mieliśmy spędzić ten dzień razem, chciałam żeby to było coś wyjątkowego. Na 5 rocznic spędziliśmy tylko jedną razem, i nie tak miało to wyglądać 🙁
    Nie mogliśmy zajść w ciążę, mąż ma problem z nasieniem ( nie tylko nawigatorzy ale mechanicy również mają z tym problem) a ja również chorowałam. W zasadzie byłam pogodzona z myślą, że nie będę mieć dzieci. Jednak los tak chciał, że zaszłam w ciąże. Niespodziewanie, do tego stopnia że byłam przerażona i płakałam, że sobie nie poradzę, że nie teraz itp.
    W 8 tyg poroniłam. Miałam oczywiście straszne wyrzuty sumienia, że to moja wina. Dodatkowo poronienie nastąpiło w przed dzień naszej rocznicy ślubu, jak dotąd jedynej spędzonej razem.
    Nie zaszłam ponownie w ciąże, myślimy o adoptowaniu dzieciątka.
    Pozdrawiam Ciebie Aniu, a także wszystkie kobiety marynarzy, które codziennie muszą stawiać czoła problemom w pojedynkę :*

    • Kochana, trzymam za Was kciuki. Nie jest łatwo…

      Ja po ciąży pozamacicznej, kiedy już mogliśmy myśleć o ponownych staraniach, zaczęłam odczuwać znów straszny ból – okazało się, że mam dużą torbiel. W tygodniu przed wyjazdem R. na statek rozstrzygały się moje losy, czy tuż po jego wyjeździe pójdę pod nóż, czy jednak nie. Udało się tego uniknąć. Niestety podczas jego nieobecności wszystko wróciło, a lekarka zaczęła podejrzewać, że to albo endometrioza, albo coś gorszego. Oczekiwanie na wyniki markerów nowotworowych, wizje niepłodności i inne tego typu nieprzyjemności pod nieobecność Męża – ech, coś okropnego 🙁 Okazało się, że nie jest najgorzej, jednak na odległość wiele w rozmowach na ten temat przepracowaliśmy i teraz wiem, że inseminacja, in vitro, adopcja czy nawet rodzina zastępcza, są tematami dla nas otwartymi. Wszystko może zmienić się na plus w ciągu kilku najbliższych miesięcy… Nie wiadomo.

      Najtrudniejsze są te momenty, kiedy nagle wszystko jest ok, ginekolożka mówi: „proszę zachodzić w ciążę za miesiąc”!, a Ty wiesz, że on za dwa tygodnie wyjeżdża. A potem wizja lipcowej operacji, cieszysz się, że on wtedy będzie. Możliwość ponownych starań po ok. 3 miesiącach od operacji – i klops, bo już wtedy będzie z powrotem na statku.

      Wiem, że każda para, niezależnie od zawodów, które wykonuje, może mieć takie problemy, jednak w przypadku marynarzy i ich partnerek każdy kontrakt może opóźnić realizację wspólnych marzeń o pół roku, a czy wtedy się uda? Nigdy nie wiadomo…

      • No właśnie jak ja byłam 3 razy w szpitalu, torbiel, zrosty na jajnikach i niestety komórki rakowe za każdym razem M był na statku 🙁

  • Aniu,
    Ja mam dwójkę dzieci. Obie ciążę, prawie całe sama. Chciałam, żeby mąż był przy porodzie, a potem z dziećmi. I był. Pierwsza ciąża była książkowa, ja świetnie się czułam i chociaż o córkę staraliśmy się dwa lata. To wszystko było idealnie. Druga ciąża pojawiła się od razu, ale ledwo mąż wyjechał plamienia, silne bóle głowy (a ja w domu tylko ze starszą córką). chyba w okolicach 9 tyg, zły wynik usg. Badania prenatalne, czekałam na nie tydzień, bo robi się je tylko w określonych tygodniach ciąży. Czekałam i wyłam. To w poduszkę, to do słuchawki.
    Nasze wyniki w końcu wyszły dobrze, ale ja do samego porodu bałam się o synka. Mąż wrócił do nas 4dni przed porodem.
    Mój chłopczyk jest zdrowy i ma już 5 miesięcy.
    Zobaczysz, za jakiś czas wy też będziecie tulic swojego maluszka.

  • Moja pierwsza ciąża była wpadką. Za bardzo nie wiedziałam na co się pisze zgadzają się na związek z marynarzem. Pierwszy kontrakt gdy już oficjalnie byliśmy razem trwał od 2 do 6 mocą ciąży. Gdy wrócił miał 8 mocy przerwy więc poród i początki mieliśmy razem. Kolejny wyjazd był straszny, bo już miałam malucha i po tak długim urlopie przyzwyczailam się że mam go przy sobie. Po 2 latach zapragnelismy kolejnego bąbla. Niestety tak bardzo chciałam że miałam ciążę biochemiczną (testy z moczu pozytywne a pęcherzyka brak). Wywoływanie okresu przez lekarza itp. Po 3 mocach urlopu odwiozłam męża na lotnisko. Ale coś mi się nie zgadzało, bo okresu brak. Dla pewności zrobiłam testy z krwi: beta znacznie podwyższona, po 2 dniach powtorka- rośnie prawidłowo i wskazuje na 7 tc. Szczęście niepojęte. W niedzielę rano robiąc mleczko małemu wzięłam go na ręce i tragedia. Na pogotowiu pani doktor stwierdziła poronienie. Dostałam na uspokojenie duphaston ale nie dawała nadziei. Dzięki jej tłumaczeniu i naprawdę dobremu podejściu poukładałam sobie to w głowie. Ale kolejne 3 dni kiedy brzuch bolał niemiłosiernie i cierpiałam podwójnie bo fizycznie i psychicznie były straszne. Mąż tam, ja tu. Nie pisałam mu jak strasznie mnie boli i jak podłe się czuje bo sam wiedział, że lekko nie jest. Nikt nie wiedział o tym co się stało prócz mojej mamy mieszkającej 200km ode mnie. Zero wsparcia. Dałam radę. Doktor po całym zajęciu zbadał i powiedział, że mamy odczekać 3 cykle aby nie było ryzyka kolejnego poronienia. Akurat tyle trwał kontrakt. Mąż wrócił i znów starania. Smialismy się że nie wiadomo kiedy nam się przytrafi. Już w pierwszym cyklu byłam w ciąży. Na szczęście skończyło się dobrze ale całe 9 m-cy byłam cała w nerwach i jak tylko coś poczułam biegam do toalety. Rodziłam sama. Mąż wrócił 2 tygodnie po porodzie.
    Teraz myślimy o kolejnym małżeństwie i znów boję się o poronienie.
    Ale my marynarzowe żony jesteśmy twarde!
    Wierzę, że Wam też się uda!
    Głowa do góry!
    (P.s. u nas też lekarze mówili, że mogą być problemy ze strony M. ze względu na chorobę która przeszedł zanim się poznaliśmy.)

  • Aniu… Znam ten ból, u mnie sytuacja wydarzyła się dwa lata temu… Tylko wszystko potoczyło się inaczej. Rozstaliśmy się przed tym jak dowiedziałam się o Fasolce.. Bo zaczął wyjeżdżać gdzieś z „koleżankami”, spotykać się z dziewczynami poznanymi na imprezie… Dowiedziałam się o Fasolę tydzień po rozstaniu… Od razu od ginekologa usłyszałam, że mogę ją stracić… Niestety, żeby było ” mniej stresów” poinformowałam o tym tatusia.. W odpowiedzi usłyszałam tylko, że to nie jego dziecko i to mój problem…. Załamałam sie po dwóch dniach poroniłam… I zostałam z tym zupełnie sama… Ale warto starać się dalej dla tej małej istotki.

  • Właśnie podłączono mnie pod kroplówkę, mam 3h spokoju to i ja napiszę krótko swoją historię. Ale na początku zwracam się do Ani: kochana trzymaj się dzielnie, walczcie dalej i cierpliwie czekajcie na realizację marzeń. Aniu, twoja historia jest mi bliska. Jestem po 2 nieudanych inseminacjach i jednym invitro… właśnie udanym… niestety poroniłam bardzo wcześnie. To było 2 miesiące temu. Jak dziś pamięta…w czwartek poroniłam a w sobotę M miał jechać na statek. Wyłam mu w rękaw, żeby mnie nie zostawiał, że nie może, że nie teraz… choć wiedziałam że jechać musi, że ktoś też chce wracać do domu, że taka praca. Chyba mam w sobie coś z czarownicy…bo gdy jechaliśmy w sobotę na lotnisko M dostał telefon… gdzie jest i co się dzieje… bo miał być już na statku. Pomyłka, błąd, nieuwaga, nieporozumienie… nie wiem jak to nazwać. Nie pojechał został na kolejne 2 tyg. Wiem, ze tak nie można, że to nieodpowiedzialne, wiem… Na nasze usprawnienie mamy tylko fakt, że od miesiąca przed zdarzeniem nie znaliśmy dat, godzin, normalnego życia. Nasz czasu był mierzony dniami cyklu, poziomem hormonów, badaniami, zastrzykami, lekarstwami, nadzieją i stresem. Wiem, że cierpienie po takiej stracie jest ogromne, ale Aniu, nadzieja musi pozostać żywa. Ja właśnie przygotowuję się do kolejnego invitro, marynarz zamienił fach na mojego prywatnego pielęgniarza, już nie rozpamietujemy tamtej straty tylko czekamy na nasze szczęście…ja uparcie twierdzę, że już za 9 miesięcy będzie nas troje lub więcej ? Aniu gdybyś chciała pogadać to ja jestem bardzo otwarta, pewnie Kasia pomoże nam się jakoś namierzyć.

    • PS. Jeśli kiedyś usłyszycie żart o marynarzu który po powrocie z półrocznego rejsu zastał w domu żonę w 3 miesiącu ciąży… uśmiechnijcie się i pogratulujcie. ???

  • My też staraliśmy się 5 lat o dzidziusia. Robiliśmy różne badania, które też wskazały, że przyczyna w dużym stopniu może być praca męża. Postanowiliśmy, że M zrobi sobie rok przerwy od pływania, ja też mam swoje lata, a bardzo nam zależało, żeby powiększyć rodzinę. Nie udało się…zaczęliśmy rozważać inseminacje, in vitro… Z każdym miesiącem byłam coraz smutniejsza, kolejne negatywne testy uświadamiały mnie, że może nie pisane jest nam mieć dziecko. Kiedy się prawie poddałam ( zajęłam się przygotowaniami do ślubu) i przestałam o tym myśleć, okazało się, że zaszłam w ciąże to była olbrzymia radość. Mój mąż wyjechał na kontrakt jak byłam w 4 tyg, w 7 tyg poroniłam… Zdecydowałam, że nie chce żeby wracał, nie miałam nikogo obok siebie, rodzice nie wiedzieli, że byłam w ciąży…mieliśmy im powiedzieć w 10 tyg na święta. To był ciężki czas, większość dni przepłakałam, ale musiałam być silna, bo ta ciąża dała nadzieje na kolejną. Po 2 msc wrócił mój M z morza. To doświadczenie nas zbliżyło. Wyjechaliśmy w podróż poślubną po powrocie do PL mój mąż wyjechał na 2 do pracy. Za jakiś czas okazało się, że byłam znowu w ciąży 🙂 ze względu na wcześniejsze doświadczenia bałam się mu powiedzieć dopóki nie minie najgorszy czas. Dowiedział się przez skypa jak minął 7 tydzień. Dziś tulę w ramionach nasze największe szczęście. Nasza córeczka ma 2 msc. Nie poddawaj się. Mam nadzieję, że moja historia doda Ci otuchy. Jeden rok, a tak wiele zmienił.

  • 5 lat temu w goraca lipcowa sobote mielismy slub, jak z bajki. Wszystko ukladalo sie po naszej mysli. Wesele, budowa domu, terminowe kontrakty. Az nagle zapragnelismy miec dziecko. I tu zaczela sie walka. Walka z praca M. Nieterminowe powroty, szkolenia w trakcie pobytu meza w domu. I lzy kiedy znowu musial jechac na statek, a dwoch kresek na tescie nie bylo. Czas byl okrutny, bo jak mozna sie starac o dziecko majac z tylu glowy przyblizona date wyjazdu?
    W koncu stanelismy pod drzwiami gabinetu lekarskiego. Naturalne metody zawiodly, wiec potrzebowalismy alternatywy na wyjazdy meza na statek. Zamrozilismy nasienie, a ja jezdzilam z uporem maniaka samotnie co miesiac na inseminacje. Za trzecim razem lekarz przeprowadzajacy zabieg zapytal sie mnie, po co ja korzystam z zamrozonego nasienia skoro mam meza? Kiedy uslyszal, ze jest marynarzem, spojrzal na mnie z politowaniem i powiedzial, ze sama sobie z tym jednak nie poradze, a ta praca nie pomaga. Po powrocie do domu, pierwszy raz poczulam sie samotna przez 6 lat w zwiazku z M. Zaraz po tym, zdecydowalismy sie na in vitro. Po 10 dniach, mialam miec robione wyniki, zeby potwierdzic czy sie udalo. M. mial byc ze mna na wizycie, ale jak to juz bywa, wczesniej pojechal na statek. Znowu zostalam sama, z zalem i w stresie czy sie udalo? Udalo sie, prawie cala ciaze bylam sama, badania prenatalne, wizyty u lekarza. Towarzyszyla mi mama, mimo, ze sciskalo mnie w zoladku widzac pary na korytarzu, wiedzialam, ze warto. Nie raz zaszlochalam przez te prace, ktora jest specyficzna, ale wiedzialam na co sie godze.
    Nie do konca podzielam zdanie odnosnie radarow i plodnosci. Moj lekarz byl innego zdania.
    Wiem, co przezywasz, co prawda nie poronilam, ale kolejne bezskuteczne proby zajscia w ciaze powodowaly u mnie takie same uczucia.
    Bezsilnosc i samotnosc w tym wszystkim nie pomaga. Nie ponaga rowniez kredyt na dom i swiadomosc tego, ze musi tam jechac, zeby zarobic. Serce mowi jedno, a odpowiedzialnosc drugie. Ale nie jest wazne czy chodzi o marynarza czy o inny zawod. Wazne jest to, zeby miec nadzieje, ze sie uda. I tego zycze Ci z calego serca!!!!

    • MK dziękuję za komentarz. Jak czytam początek, to tak jakbym widziala swoją historię. Co prawda nigdy nie podjęłam się inseminacji (ze względu na słaba jakość plemnikow). Przez 5 lat, kiedy mój M był w domu staraliśmy się, liczyliśmy na naturę. Nie udawało się, więc zaczęły się najpierw moje wizyty u lekarza, potem męża. U mnie wszystko było ok. U męża po 2 miesiącach jakość nasienia bardzo się poprawiła i kiedy odpuscilismy sobie, zobaczyłam 2 kreski…zgodzilam się na samotne wizyty u lekarza, w szkole rodzenia. Najważniejszy był dzidziuś i to, żeby zdrowo rósł…reszta historii jest znana.

  • Aniu wiem co czujesz, że potrzeba trochę czasu aby to wszystko sobie poukladać. Z własnego doświadczenia wiem, że możecie oboje wyjść z tego silniejsi. Pytania, które sobie zadajesz moim zdaniem nie mają sensu, bo pytasz samą siebie o to czy warto być nie z marynarzem,a z czlowiekiem, którego kochasz. Jeśli się kochacie i nie możecie bez siebie żyć to warto. Z kimś kogo się kocha warto spędzić choćby dzień lub jedną chwilę a przed Wami wiele takich godzin,dni i lat. Nie rozmyślaj o tym czego nie macie a o tym co Wasze i przed Wami. A tylko od Was zależy ile i jak piękych chwil spędzicie. Życie jest krótkie i przewrotne. Ciesz się każdą chwilą niezależnie czy jesteście razem czy osobno. Ja kocham swoje i nasze życie. Nigdy nie chciałam być z marynarzem,ale jak widać życie jest przewrotne. Nie chcialam też pracować za przysłowiowym biurkiem,a teraz uwielbiam swoją pracę. Nie oddałabym żadnej wspólnej chwili ale kiedy jesteśmy osobno to też jestem szczęśliwa, bo tak nauczyłam się przeżywać życie by się nim poprostu cieszyć. Kiedy łapie mnie chandra to pukam się w glowę i powtarzam sobie, że kocham i jestem kochana,wszyscy są zdrowi,mamy prace…etc…Aniu życie jest piękne i warto,warto kochać i być kochanym,pracę można zmienić jeśli jest przeszkodą,można to tak zorganizować aby wyszło.Pamiętaj nic w życiu nie jest nam dane na zawsze,dzisiaj on jest marynarzem ale nie wiadomo co będzie kiedyś.Zastanówcie się nad tym kiedy emocje opadną. Teraz pozwól sobie na łzy i smutek ile tylko potrzebujesz,ale słońce świeci cały czas tylko czasami zasłonią je chmury…to też minie.
    Ściskam

    • ANA dziękuję za Twój komentarz. Nie żałuję, że jestem żona marynarza. Nigdy też nie myślałam o rozstaniu, nawet w tym trudnym dla nas momencie. Zawsze wspierałam mojego M w jego pracy, bo wiedziałam, że mimo jego wielkiej miłości do mnie, ta praca to jego pasja. Strata upragnionego, wyczekiwanego dzieciątka sprawiła, że pierwszy raz pozalowalam, że jest marynarzem,a nie tego, że jestem z marynarzem. Nie wyobrażam sobie życia z nikim innym. Jego zawód nie był dla mnie nigdy przeszkodą, akceptowalam go. Teraz jest ten czas, kiedy brakuje mi jego ramion, przytulania, obecności…nasza żałobę musimy przeżyć osobno. Wiem też, że nie jest mu łatwo, że mamy znowu tylko siebie i dla nas musimy walczyć!

  • Ja poroniłam w 11. tygodniu ciąży – to była druga ciąża na którą bardzo czekaliśmy. Mój M był w morzu kiedy trafiłam do szpitala, a w domu czekał synek, który bardzo się martwił. Na szczęście miałam pod bokiem rodziców, którzy bardzo mi pomogli. To były bardzo trudne chwile. Na szczęście mojemu M udało się po kilku dniach wrócić ze statku i wtedy mój synek trafił do szpitala :/ Całe szczęście nie byłam już wtedy sama, bo to zawsze są wielkie emocje gdy dziecko jest w szpitalu. Po roku udało mi się znowu zajść w ciążę, która była pełna obaw, stresu – każde minimalne plamienie powodowało paraliżujący strach czy tym razem się uda.. Na szczęście się udało i moja córcia ma teraz 3 miesiące. I znowu jesteśmy sami, ale wsparcie M jest ogromne. Jemu również jest ciężko gdy w takich ciężkich chwilach jest na statku. Takie trudne sytuacje umacniają związek, bez względu na to czy wsparcie jest pod bokiem czy tylko telefoniczne.
    Ania trzymam kciuki żeby i Tobie się udało! Czas leczy rany.

    • DZIĘKUJĘ BA 🙂 Wiem, że czas leczy rany, nadzieja też we mnie jeszcze się tli…ciesze się, że Tobie sie Udało. Życzę, aby Twoje maleństwo, a właściwie dzieci zdrowo rosły.

  • Aniu, trzymaj się Kochana. Chodź ciężko Ci niewyobrażalnie to jestem przekonana , że dla Was też zaświeci słonko i będziecie mieć śliczne maleństwo.
    Zawsze, wszystko w naszym życiu dzieje się po coś, i chodź teraz ciężko postrzec jakiekolwiek pozytywy , to wiem, że z czasem wszystko się ułoży. Ja teraz mam pełna kochającą się rodzinę- męża i dziecko, ale kilka lat temu moje życie z dnia na dzień się zawaliło, kiedy to mój maż po 2 latach małżeństwa powiedział ” sorry ochodzę, nie chciałem tego ślubu”. Pozbierałam się, wiedziałam, że dla mnie jeszcze zaświeci słońce. Zaufałam mojemu Marynarzowi, resztą pokierował los.
    u Ciebie kochana i u Twojego M, też zaświeci słońce

  • Aniu podziwam Cie za taka decyzje! Ze jednak powiedzialas do meza jedz!
    Wyobrazam sobie jakie to trudne.
    My z mężem staraliśmy sie niedawno o 2 dziecko. Jak m wyjezdzal bylo za wczesnie na test, za pare dni pojawily sie upragnione 2 kreski, wyslalam oczywiscie zdjecie mezowi. Nasza radosc byla ogromna. Niestety po jakims czasie hormon beta hcg zaczal spadac, okazalo sie ze to ciaza pozamaciczna, ale taka co sama obumiera, wyladowalam w szpitalu na 5 dni, mialam byc operowana ale udalo się bez z racji tego ze ciaza sama obumarla w jajowodzie. Nigdy wczesniej chyba nie brakowalo mi tak M jak wtedy…na szczescie mial zasieg, wisielismy na telefonach, M czul okropna bezradnosc, ze nic nie moze zrobic, czekalismy na informacje czy bedzie potrzebna laparoskopia. W domu czekal na mnie i na tate 3 latek ktory przezywal ta rozlake bardzo. Na pewno duzo latwiej byloby mu gdyby w domu byl tata .
    Rozumiem Cie , tym bardziej ze tyle czasu staraliscie sie o ta ciąże . 3 mam kciuki za Was!!!! i wierze ze takie przezycia tylko wzmocnia Wasz związek! a Ciebie umocnia w przekonaniu , ze mimo rozłąki w takich momentach warto być razem choć osobno…

  • Aniu jesteś bardzo dzielna, my wszystkie jesteśmy. Mam koleżankę, również żonę marynarza, która w zeszłym roku w 26 tyg ciąży urodziła bliźnięta. Jedno z dzieci zmarło po tygodniu drugie ma ponad roczek i walczy o sprawność, chociaż szanse są nikłe. Dziewczynka prawie nie widzi, nie siedzi samodzielnie, mięśnie zanikają… Jej mąż nadal pływa a ona walczy o zdrowie swojego dziecka. On też, bo gdyby nie pływał nie byłoby ich stać na rehabilitację i turnusy a tak jest nadzieja. Jest im bardzo ciężko ale walczą. Mimo odległości walczą o to samo. Twojemu mężowi również jest ciężko. Na pewno oddałby wszystko aby być przy Tobie. Ja jeszcze nie jestem żoną marynarza ale mamy córkę i na pewno z pełną świadomością blasków i cieni zostanę jego żoną. Pozdrawiam gorąco.

    • Matko, ja to smutne… co za siła jest w matkach

    • Sara przekaż Twojej Koleżance, że jest dla mnie Bohaterka. Nie wiem czy dałabym radę zająć się sama 2 dzieci, zwłaszcza, jeśli któreś by chorowało i wymagało tyle opieki i poświęcenia. Podziwiam! Ogromna siła, mam nadzieje, że mnie taka nie opusci

      • Jedno z bliźniąt zmarło. Zajmuje się jednym chorym dzieckiem. Podwójna tragedia: śmierć i choroba. Dla mnie też jest bohaterką.

  • Moja chwila grozy, trwała tylko chwilę. Jednak było podejrzenie ciąży pozamacicznej i też byłam sama i nie mówiłam M o tym. Czekałam aż wróci.

    • Kasiu zawsze o wszystkim mówiłam swojemu M. Zarówno o tych miłych jak i tych złych rzeczach. To wymagało od Ciebie dużo odwagi, żeby nic nie mówić mężowi, żeby to nie martwić..

  • Długo czekałam na ten wpis.
    Ja poroniłam tydzien po wyjeździe męża na statek. I pojawił sie ten sam dylemat, czy ma wrócić natychmiast czy zostać do końca kontraktu. Został.
    Z perspektywy czasu wiem, ze najgorsze dla nas własnie to, ze nie byliśmy wtedy razem. Mimo, ze mam wspaniałych rodzicow, którzy byli wtedy przy mnie.

    Jednak, teraz po roku jestem w znowu w ciazy. I uważam, ze to poronienie dało nam duzo siły i moze to dziwnie zabrzmi nasze małżeństwo jest jeszcze lepsze.

    Trzymam mocno za Was kciuki! Gdybys chciała porozmawiać to daj znac!

  • Szkoda człowiekowi samotnie spędzanych urodzin czy innych ważnych dni, jednak najgorsze są właśnie takie sytuacje, które dotyczą obojga, a z którymi musimy się uporać oddzielnie. To są chwile, w których każda para powinna być razem, by wspólnie przechodzic przez trudne dni. My też przeżyliśmy coś podobnego, na szczęście mój R. był wtedy w domu. W naszym życiu ważne, by okazywać sobie wsparcie również na odległość, a to bywa bardzo trudne…

    • na odległość to jest bardzo trudne, nie widzisz sowich emocji. Jednak przede wszystkim nie możesz się przytulić. Poczuć. Klejmotek przykro mi, że przez to przeszłaś.

      • To było dwa tygodnie przed ślubem, okropnie się bałam. Ucieszyliśmy się z wyników beta hCG, a już po paru godzinach przyjechała po mnie karetka – nigdy wcześniej nie przeżyłam takiego bólu. Ciąża pozamaciczna, operacja. Nic nie pomogło mi tak, jak obecność – jeszcze wtedy – Narzeczonego.

        Ale muszę przyznać, że takie sytuacje naprawdę bardzo wzmacniają więź między ludźmi. My zawsze byliśmy niesłychanie blisko ze sobą, rozumieliśmy się bez słów, ale po tej sytuacji weszliśmy na jeszcze wyższy poziom zrozumienia, o którego istnieniu nie miałam nawet pojęcia.

  • W tamtym roku, po dość długich staraniach też poronilam, na szczęście mój mąż był wtedy przy mnie, było mi bardzo ciężko, a on dzielnie się trzymał żeby mnie wspierać. Czas leczy rany. Mamy już 6 letniego synka, jesteśmy zdrowi, po kilku miesiącach znów się zaczęliśmy starać, nie było łatwo, ale udało się 🙂
    Rok po pierwszym poronieniu test znów pokazał 2 kreski 🙂
    Szczerze mówiąc nie wiem czy nasze marynarskie związki są mocniejsze niż inne.
    Moi przyjaciele stracili synka, umarł na nowotwór, przetrwali, są razem, po kilku latach urodził im się kolejny syn, są szczęśliwi.
    Ania mam nadzieję, że przetrwasz ten ciężki czas. Zobaczysz, że z każdym dniem będzie lżej, łatwiej, ból będzie mniejszy.
    Trzymam mocno kciuki!! I nie obawiaj się starać o kolejną ciążę!!! Powodzenia!!!!

    • tak, dziękuję w imieniu Ani. Nie chodzi o to , że są lepsze. Jednak ja zawsze piszę w tym kontekście marynarskim, żeby zaznaczyć ten nasz mocny fundament. A z doświadczenia wiem, że sporo osób się poddaje ale sporo trwa. Chodzi o to, że ni każdy stacjonarny przetrwałby w takich warunkach jak my tą sama sytuację. Raczej o zaznaczanie tego, że mimo odległości to działa.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *