Blog

HISTORIA PEWNEJ ŻONY MARYNARZA.

Autor: Grudzień 7, 2016 8 komentarzy


Historia pewnej  żony marynarza… 

Zawsze marzyłam o wielkiej miłości i wierzyłam w jej wielką moc. Wiem, że związek to nie tylko randki, prezenty i obsypywanie się komplementami. Żeby był udany potrzeba naprawdę ogromnej pracy –z  obu stron. Związek z Marynarzem to często dodatkowa praca, „praca w nadgodzinach”.

Wszystko dobrze, kiedy obie strony szanują siebie nawzajem i doceniają to co na co dzień robią.  Jeśli tak nie jest, wspólne życie przestaje być kolorowe.

Jestem z moim mężem od kilkunastu lat. Wiele razem przeżyliśmy, głównie szczęśliwych chwil i uchodzimy za szczęśliwe i bardzo udane małżeństwo nie tylko wśród znajomych czy na fotografiach. Choć, z racji samego stażu, wydawałoby się, że lata spijania sobie z dzióbków mamy za sobą, nie stawiam sobie pytań – czy to jest miłość, czy przyzwyczajenie.

img_8343

Choć przez ten nasz wspólny okres mój M do perfekcji opanował sztukę doprowadzania mnie do szału – zdecydowanie jest znawcą tematu i ma te swoje męskie sztuczki, to nie należę do marynarzowych, które z kalendarzem w ręku odliczają dni do wyjazdu męża na statek aby „ mieć już święty spokój”.  Mój kalendarz zawsze ma zaznaczony dzień (przybliżony) jego powrotu i czekam na niego jak na wielkie święto.

Zawsze pragnęłam mieć szczęśliwą rodzinę. Nie skłamię pisząc, że to było moje największe marzenie.

Jak większość kobiet, kiedy zostałam żoną, a potem mamą za punkt honoru przyjęłam szczęście bliskich jako dobro najwyższe. Moje potrzeby zeszły na plan dalszy, ale to nie było ważne – skoro prawdziwe szczęście czerpałam z uszczęśliwiania najbliższych.

Problem pojawił się wtedy, gdy moje poczucie szczęścia i wartości uzależniłam od szczęścia i dobrego nastroju rodziny.

 Nawet jeśli podejrzewałam lub wręcz wiedziałam, że prawdziwa przyczyna złości męża lub złego nastroju dzieci leży dużo głębiej, wszystko brałam na klatę i pogrążałam się w obwinianiu siebie.

W pogoni za doskonałością zupełnie się pogubiłam. Chciałam być bardziej perfekcyjna od Perfekcyjnej Pani Domu – najdoskonalsza mama, żona, córka. A że nie można zadowolić wszystkich – pojawiły się frustracje.

Cóż, życie to nie telenowela, zarówno mąż jak i dzieci kochają mnie bardzo, jednak na co dzień potrafią nieźle dać popalić. Czułam się coraz bardziej zmęczona ich pretensjami i niezadowoleniem. Czułam się często niedobrą matką, nie dość dobrą żoną. Choć starałam się najlepiej jak umiałam, miałam wrażenie, że rodzinie to wciąż nie wystarcza, to wciąż za mało.

Przestałam dogadywać się z mężem. Wciąż byłam zła na dzieci – że nie słuchają, że rozrabiają. I coraz bardziej byłam zła na siebie. Tęskniłam za sobą lubiącą spędzać czas z maluchami, organizującą im wycieczki, za sobą kobiecą, zadbaną, zalotną. Ale z drugiej strony byłam zbyt zła i zmęczona, żeby  cokolwiek zmienić w swoim życiu. Czułam się bezradna i niedoceniona nie mogąc dogadać się z mężem, kolejny raz starając się przejść na dietę, czy starając się nauczyć dzieci pomagania w domu. Wiem, lajf is brutalJ

Choć w oczach moich „lądowych” koleżanek wiodłam życie księżniczki, której niczego nie brakuje, ja byłam coraz bardziej zagubiona. Sama ze sobą i poniekąd przez siebie samą.

Wiele razy powtarzałam sobie, że gdyby mój mąż został z całym domem, dziećmi i obowiązkami sam, choć na 2 tygodnie, szybko doceniłby mnie i moją pracę, całe serce które wkładam w ogarnięcie całego tego kołowrotka zwanego życiem codziennym.

I wiecie co?  Moje prośby niestety zostały wysłuchane przez los. Wszystkie moje dotychczasowe problemy to był mały pikuś, o czym przekonałam się pod koniec września. Podczas corocznego badania USG piersi okazało się, że to coś, co sobie zresztą trochę wcześniej sama wymacałam, to nie jest tłuszczak, włókniak czy torbiel. Dwa tygodnie później w rękach trzymałam wynik biopsji, który przeczytałam chyba z milion razy. Ta zielona kartka z jednym zdaniem zmieniła wszystko. Potwierdziła się wcześniejsza diagnoza lekarza, że to nowotwór, na dodatek złośliwy. Moim zdaniem każdy jest złośliwy. Już sam fakt, że w ogóle jest przecież nadaje mu tę cechę.

Świat zawirował i runął. I co najdziwniejsze moje pierwsze myśli również związane były z rodziną. Co ja powiem dzieciom, jak im to wytłumaczę? No i mąż? Jak mam mu powiedzieć i czy w ogóle – skoro jest na drugim końcu świata. Przecież nie będzie mógł normalnie pracować, funkcjonować kiedy się dowie.

Zabawne, kolejny raz myślałam o innych, nie o sobie. Przed mężem ukrywałam prawdę przez prawie dwa tygodnie. Postanowiłam, że dopóki nie odbiorę wyniku nic mu nie powiem. W ostatnim czasie wydawało mi się, że oddaliliśmy się od siebie, że on mnie w ogóle nie słucha i nie rozumie, tym czasem okazało się, że jednak zna mnie jak mało kto. Przy każdej rozmowie pytał czy wszystko w porządku i męczył mnie abym przyznała się co się stało. W końcu pękłam – powiedziałam mu 3 dni przed odebraniem wyniku.

Był w domu po czterech dniach. Zorganizował sobie podmianę, przylot, wszystko żeby być ze mną, choć to była dopiero niecała połowa kontraktu.

Od powrotu nie odstępuje mnie na krok – razem ze mną rozpoczął długą i niełatwą drogę do mojego wyleczenia.

Wspiera mnie, pociesza i wierzy we mnie. Dzięki niemu mam siłę, dzięki niemu wierzę, że dam radę.

Trochę trwało, zanim udało mi się wszystko poukładać w głowie. Nagle okazało się, że potrafię nie narzekać i cieszyć się z drobiazgów. To co w zachowaniu mojego męża czy dzieci nieraz doprowadzało mnie do szału teraz potrafię obrócić w żart lub po prostu zignorować.

Zmienił się również mój M. Jak stwierdził, życie dało mu po pysku wystarczająco mocno, żeby dotarło do niego co jest naprawdę ważne.

Cieszę się, że jest, że budzę się przy nim co rano i zasypiam słysząc jego oddech i czując jego ciepło. Z jego oczu bije troska i miłość.

Jest coś jeszcze co w końcu do mnie dotarło. Nie warto odkładać na potem, czekać na odpowiedni moment. Ten odpowiedni moment jest właśnie teraz. Na szczerą, poważną rozmowę, na rozpoczęcie nowego etapu w życiu, na podjęcie decyzji. Potem, potem już tylko żałuje się, że wcześniej się czegoś nie zrobiło.


Historia pewnej  żony marynarza. Publikuję ją przed świętami, abyśmy szczególnie w tym okresie, przypomnieli sobie co tak naprawdę jest w życiu ważne. Sytuacja może się zdarzyć każdej z nas.

Chciałabym Was zachęcić do profilaktyki. Raz w roku zbadajcie sobie piersi. To przecież nasze życie. Pomyślcie czasem o sobie….

Wszelkie informacje znajdziecie na stronie AMAZONEK


img_8332


TEKST DZIĘKI  UPRZEJMOŚCI  PEWNEJ ŻONY MARYNARZA http://babskinieporadnik.blogspot.com/2016/12/moja-historia-miosna.html

KOCHANA TRZYMAMY ZA CIEBIE KCIUKI – DASZ RADĘ

MASZ NASZE WSPARCIE!!!

TEN RAK NIE WIE JESZCZE, ŻE TRAFIŁ NA ŻONĘ MARYNARZA – SIŁA W NAS.


Podobał Ci się post?

Komentarze (8)

  • Tak, to się może zdarzyć każdej z nas! Choć każda z nas ma nadzieję, że jednak nic takiego nam się nie przytrafi. Los nas uczy pokory, uczy nas, żeby cieszyć się każdym dniem i każdą chwilą. Te złe, też po coś są nam dane.
    Kochana- nie poddawaj się , warto walczyć i to nie tylko dla męża i dzieci, ale przede wszystkim dla siebie. Zyczę Ci szybkiego powrotu do zdrowia , dużej wiary i siły . Często pomaga modlitwa, wiec pomodlę się o Twoje zdrowie.

  • Witam,czytam na glos mężowi i łzy mi same spływają.historia jakby wzięta z naszego życiorysu…ja wynik dostałam w kwietniu br na początku pobytu męża w domu. Mąż został ze mną na 6 mies.byl ze mną podczas chemii która nie zadziała ,podczas mastektomii,wspierał pomagał we wszystkim i nagle się okazało ze potrafi ogarnąć dom z dwójka małych dzieci ale przyszedł czas na wypłynięcie i nie był to moment płaczu tylko jakby powrotu do naszego starego życia do tego co znamy.od września przeszłam z teściowa druga chemię i dałam radę czekając na męża.teraz mamy grudzień i cieszymy się sobą bo jest od paru dni. Święta spędzimy rodzinnie a po nowym roku czeka mnie kolejna chemia i wiem ze to szybko zleci i wrócę do swojego marynarzowego życia.Tobie tez tego życzę i wiem ze już pewnie nie raz usłyszałaś „będzie dobrze” bo będzie.zycze dużo zdrówka cierpliwości i jak najmniej stresu, zero białego cukru.pozdrawiam Kasia Amazonka żona marynarza

  • I dlatego nie czarujmy się, że kochając marynarza nic nie tracimy. Tracimy to co najważniejsze, czyli wspólną codzienność, bliskość. Co z tego, że możemy mieć mieszkanie w centrum miasta lub pozwolić sobie na życie na ciut lepszym poziomie niż przeciętny obywatel. Żadne pieniądze nie są warte braku obecności partnera właśnie wtedy, kiedy powinien przy nas być, przy chorobie, przy dzieciach czy przy chociażby porażkach czy sukcesach. Razem powinno się prowadzić wspólną codzienność, przeżywać dni. A rutyna? Jak są ludzie dobrze dobrani, mają podobne wartości i chcą o siebie dbać to się nie wkradnie. Są pary co są ze sobą szczęśliwe do późnych lat, żyjąc bez tych wszystkich rozłąk i wielkich powrotów. Niestety minusy związku z marynarzem przyslaniaja plusy i to dosyć dosadnie. Lepiej pracować do tej np 17 i czekać raz w roku na te kilka tygodni urlopu, ale mieć się do kogoś przytulić w nocy, mieć kogoś kto pomoże zawsze gdy zajdzie potrzeba. Niestety dobre słowo przez telefon nie zawsze pomoże, chociażby się tego bardzo chciało. Narzeczona M.

    • Nie uważam, że żyjąc z marynarzem coś tracę/straciłam. Uważam, że nie można nic stracić kiedy się kogoś kocha – pod warunkiem, że ta miłość jest odwzajemniona. My po prostu żyjemy inaczej niż pary „lądowe”. Robienie rachunków „zysków i strat” kiedy się patrzy na życie z marynarzem nie ma sensu i niewiele ma wspólnego z miłością. Bo nie zakochujesz się w kimś po przeczytaniu jego cv i uznaniu, że ma wszystkie cechy, które Ci się podobają.
      Ten tekst jest o utracie siebie samej w pogodni za doskonałością, o zagubieniu siebie, bo chcesz, żeby wszystko wokół było idealne. A mój mąż? Nie zrezygnował z pływania. Nie wymagam tego od niego. Jest ze mną zawsze wtedy, kiedy go potrzebuję. Ja wspieram jego, kiedy tego potrzebuje a on przyjechał z drugiego końca świata aby być ze mną i się mną opiekować.
      Bliskość między ludźmi nie wynika z trzymania się za rękę każdego dnia, ale z więzi, która jest między nimi. I nie ma tu znaczenia, czy on wraca codziennie do domu, czy wraca raz na kilka czy kilkanaście tygodni ale potem w tym domu jest cały czas. Wiadomo, pewnych sytuacji nie da się nadrobić, ale ten czas, kiedy jest się osobno warto przeznaczyć na planowanie wspaniałych chwil razem, a nie na zalewanie się łzami. A kiedy już jest się razem – na cieszenie się każdą chwilą, zamiast na boczenie się czy walkę na argumenty – kto bardziej się dla kogo poświęca. To zrozumieliśmy oboje.
      Tak jak często w swoich tekstach powtarza Kasia – trzeba cieszyć się chwilą, wspólną chwilą.
      Nie zachorowałam dlatego, że mój mąż pływa ani dlatego, że nie było go ze mną każdego dnia. Poza tym „lądowy” związek nie jest receptą na szczęśliwą miłość. Związek z marynarzem jest trudniejszy ale nie niemożliwy i tylko od nas samych zależy czy będzie udany, jak go zbudujemy i czy będzie można stwierdzić, że potem żyli długo i szczęśliwie. Ja jestem szczęśliwa i czuję się kochana. I to jest dla mnie najważniejsze.

      • Kochana duzo sily zycze, dasz rade z pomoca kochajacego meza ,rodziny i wsparcia nas „marynarek” trzymaj sie!! I masz racje zgadzam sie z Toba w tym co napisalas w komentarzu.
        Uswiadomil tez ten wpis tutaj .. ze nie trzeba ciagle dazyc do doskonalosci ze czlowiek wtedy zapomina o tym co najwazniejsze o sobie…

      • Przede wszystkim zdrowia Ci życzę i wygranej walki. Dobrze, że masz wsparcie mężu i taka nauczka płynie z Twojej historii, ze nie ma co brać wszystkiego na swoje barki. Że nie tylko my przeżywamy wszystko, ale dla tych naszych drugich połówek też jesteśmy najważniejsze na świecie. I oni też chcą nam pomagać dźwigać na ramionach to „całe zło świata”. Pozdrawiam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *