Blog

Rezygnuję…

Autor: 2 listopada, 2021 Zostaw komentarz

Przyszedł taki moment, w którym muszę zrezygnować. Jest to trudna decyzja, ale ja lubię trudne decyzje… Tak powtarzam sobie każdego dnia, gdy przychodzi mi z czegoś zrezygnować: od pierdoły, do poważnej sprawy. Ale co się dzieje po takiej decyzji? Czy jest płacz, smutek, frustracja, zniechęcenie? Nie! Już nie!


Nikt nie lubi rezygnować z czegokolwiek. Z reguły oznacza, to porażkę. Rezygnujemy z: planów, przyjaciół, wakacji, pracy, małżeństwa… Nawet z tych spraw najmniejszych, takich jak: bieganie, wyjście na kolację, do kina, spotkanie zawodowe, babski wyjazd, fryzjer…a także z wielu innych, mniejszych, codziennych planów.

Najgorsze są chyba te rezygnacje, które dotyczą zasadniczych kwestii dotyczących naszego życia, takich jak małżeństwo czy praca. Jednak te mniej spektakularne, wcale nie są mniej znaczące. Bo punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.

Na początku naszej dorosłej drogi chcemy podobijać świat. Słychać wszędzie: chcieć to móc, wszystko zależy od ciebie itp. I tak jest na początku. Działamy, działamy… jednak im dalej w las, tym bardziej okazuje się, że nie jest to takie proste.

Będąc w związku z marynarzem i będąc równocześnie matką, trzeba być przygotowanym na podwójną rezygnację. Idąc w życie z motywującym nastawieniem „Chcieć to móc”, ostatecznie zostajemy z tym przyziemnym „Nie mogę nawet wyjść do sklepu”. Dla stacjonarnych to pewnie banały. Ale od samego początku bycia w takim związku i tworzenia rodziny, zwyczajnie co chwilę z czegoś rezygnujemy. Zaczynając od tego, że nie wyjdę wieczorem pobiegać, kończąc na rodzinnych wakacjach (bo marynarz nie dojechał albo nie wiemy kiedy wróci). Nieumiejętność zaakceptowania tego, że rezygnować czasem trzeba, wpływa na kobietę bardzo negatywnie. Obwinia świat, że jest ze wszystkim sama i ograniczona. Proste czynności stają się dla niej trudne i dochodzi do wniosku, że szkoda czasu na organizację nawet wyjścia do kina (a bywa to trudniejsze niż wyjazd do Tajlandii).

W rzeczywistości, w której nasze życie zależne jest od pływania, odnajdujemy się stopniowo.

Mąż nie wróci wieczorem, nie przesuniesz planów na weekend – co najwyżej na „za dwa miesiące” . Bywa też nieciekawie, gdy ktoś nas pyta: czy wyjedziesz gdzieś za dwa miesiące? Albo, czy pójdziesz w grudniu na koncert (a jest lipiec) ?

Rezygnacje i pytania jak wyżej, powodują wewnętrzne rozdarcie. Z jednaj strony dom, dzieci i ich uśmiechy, z drugiej strony chciałoby się czegoś dla siebie. Ale w takim wymiarze jak kiedyś – już się nie da. I w dupę niech sobie wsadzą wszyscy mądrzy ludzie swoje teorie typu: zorganizuj się, chcieć to móc. Bo fakt jest taki, że nie zawsze się da. I trzeba rezygnować. Ale…

Ale trzeba zrozumieć, że to naturalny etap, że coś się zmieniło, że tak już będzie, tak to wygląda. I czas pogodzić się z rezygnacją, i rezygnować świadomie. Albo inaczej planować, planować, planować, nie poddawać się, tylko mieć świadomość i zgodę na to, że może się wydarzyć coś, co spowoduje, że nie pojadę na te wakacje albo nie pójdę na ten koncert. Trzeba nauczyć się obracać w swojej rzeczywistości. Jest nam na pewno dwa razy trudniej coś zorganizować czy zrealizować i to trzeba wziąć na klatę. Szczególnie gdy jesteśmy same. Poczynając od prostych spraw, do tych najtrudniejszych.

Nerwy biorą górę przy banalnych czynnościach, a te najtrudniejsze wydają się nie do zdobycia. Tak już jest. Jesteśmy z marynarzami, którzy pływają po świecie, i nie zawsze są z nami. Musimy same to ogarnąć. Jeśli tego nie zrobimy, to frustracja i niezadowolenie, wypływające z braku możliwości organizacji tych małych rzeczy, spowoduje przymus rezygnacji np. z małżeństwa. Dlatego zaakceptujmy to, że trzeba rezygnować. I niech rezygnacja stanie się furtką do planowania. Czyli: zrezygnowałam z wakacji rodzinnych, ale wezmę dzieci na mazury. Zrezygnowałam z pracy, ale postaram się coś pokombinować w domu, za jakiś czas. Zrezygnowałam z całego festiwalu (mimo ze mam bilet), ale pójdę choć na jeden dzień. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że gdy zrezygnujemy z czegoś, a uda się zastąpić to czymś innym (może nawet mniej spektakularnym ), to i tak satysfakcja jest ogromna.

A co z małymi przyziemnymi rzeczami? Młode matki mają tu najgorzej. One muszą z tych prostych spraw rezygnować najczęściej. Trudno jest wyjść do kosmetyczki, pobiegać, czy nawet spotkać się z koleżankami. Trudno – taki czas. Ale można poćwiczyć z Chodakowską czy Lewandowską wieczorem. Kosmetyczki, fryzjerki są też mobilne – trzeba znaleźć taką, która przyjedzie do domu. Zaakceptujmy to, że nie wszystko możemy. To nic złego.

Nie lekceważyłabym tych prostych rzeczy, z których musimy rezygnować.

To potrafi wyprowadzić z równowagi, i w końcu człowiek wybucha. Zwłaszcza, gdy żyjemy w dobie social mediów i wszędzie widzimy ludzi, którzy ciągle gdzieś są, coś robią i z czegoś się cieszą. Nie pokazują realu. Patrzmy na siebie i na swoje dzieci. One są naszym odbiciem. Ich zachowania biorą się z naszych wzorców. Zwłaszcza, gdy nie ma taty. I czasem boli wybuch złości dziecka, bo widzisz siebie. Rezygnuj, ale planuj dalej, bez poddawania się. Życie z marynarzem jest fajne, przynajmniej coś się dzieje. Czasem plany powstają spontanicznie, czasem spontanicznie znikają. Rób tak, by finalnie nie musieć rezygnować z małżeństwa ani z siebie. Ja jestem swoim sterem i ja sobie to organizuję. Trzeba czasem tupnąć nogą. Trzeba patrzeć zawsze ze swojej perspektywy i do siebie się porównywać, nie do innych. Bo zwariujemy.

Ja planując cokolwiek, robię to z pełną świadomością że może się nie udać. Ale staram się na maksa, żeby to zrealizować. Jak nie wyjdzie, to nie płaczę. Kombinuję dalej, albo bez żalu odpuszczam (widocznie nie było warto).

I to chyba najlepsze podsumowanie tego tekstu, czyli: drugie imię żony marynarza, to kombinowanie.

Kasia

Podobał Ci się post?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *