MENU

13 komentarzy Uncategorized

REZYGNUJĘ…

img_8387

 

 

Przyszedł taki moment, w którym muszę zrezygnować. Jest to trudna decyzja, ale ja lubię trudne decyzje… Tak powtarzam sobie każdego dnia, gdy przychodzi mi z czegoś zrezygnować: od pierdoły, do poważnej sprawy. Ale co się dzieje po takiej decyzji? Czy jest płacz, smutek, frustracja, zniechęcenie? Nie! Już nie!


Nikt nie lubi rezygnować z czegokolwiek. Z reguły oznacza to porażkę. Rezygnujemy z: planów, przyjaciół, wakacji, pracy, małżeństwa… Nawet z tych spraw najmniejszych, takich jak: bieganie, wyjście na kolację, do kina, spotkanie zawodowe, babski wyjazd, fryzjer…a także z wielu innych, mniejszych, codziennych planów.

Najgorsze są chyba te rezygnacje, które dotyczą zasadniczych kwestii dotyczących naszego życia, takich jak małżeństwo czy praca. Jednak te mniej spektakularne, wcale nie są mniej znaczące. Bo punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.

Na początku naszej dorosłej drogi chcemy podobijać świat. Słychać wszędzie: chcieć to móc, wszystko zależy od ciebie itp. I tak jest na początku. Działamy, działamy… jednak im dalej w las, tym bardziej okazuje się, że nie jest to takie proste.

Będąc w związku z marynarzem i będąc równocześnie matką, trzeba być przygotowanym na podwójną rezygnację. Idąc w życie z motywującym nastawieniem „Chcieć to móc”, ostatecznie zostajemy z tym przyziemnym „Nie mogę nawet wyjść do sklepu”. Dla stacjonarnych to pewnie banały. Ale od samego początku bycia w takim związku i tworzenia rodziny, zwyczajnie co chwilę z czegoś rezygnujemy. Zaczynając od tego, że nie wyjdę wieczorem pobiegać, kończąc na rodzinnych wakacjach (bo marynarz nie dojechał albo nie wiemy kiedy wróci). Nieumiejętność zaakceptowania tego, że rezygnować czasem trzeba, wpływa na kobietę bardzo negatywnie. Obwinia świat, że jest ze wszystkim sama i ograniczona. Proste czynności stają się dla niej trudne i dochodzi do wniosku, że szkoda czasu na organizację nawet wyjścia do kina (a bywa to trudniejsze niż wyjazd do Tajlandii).

W rzeczywistości, w której nasze życie zależne jest od pływania, odnajdujemy się stopniowo. Mąż nie wróci wieczorem, nie przesuniesz planów na weekend – co najwyżej na „za dwa miesiące” ?. Bywa też nieciekawie, gdy ktoś nas pyta: czy wyjedziesz gdzieś za dwa miesiące? Albo, czy pójdziesz w grudniu na koncert (a jest lipiec) ?

Rezygnacje i pytania jak wyżej, powodują wewnętrzne rozdarcie. Z jednaj strony dom, dzieci i ich uśmiechy, z drugiej strony chciałoby się czegoś dla siebie. Ale w takim wymiarze jak kiedyś – już się nie da. I w dupę niech sobie wsadzą wszyscy mądrzy ludzie swoje teorie typu: zorganizuj się, chcieć to móc. Bo fakt jest taki, że nie zawsze się da. I trzeba rezygnować. Ale…

Ale trzeba zrozumieć, że to naturalny etap, że coś się zmieniło, że tak już będzie, tak to wygląda. I czas pogodzić się z rezygnacją, i rezygnować. Albo inaczej planować, planować, planować, nie poddawać się, tylko mieć świadomość i zgodę na to, że może się wydarzyć coś, co spowoduje, że nie pojadę na te wakacje albo nie pójdę na ten koncert. Trzeba nauczyć się obracać w swojej rzeczywistości. Jest nam na pewno dwa razy trudniej coś zorganizować czy zrealizować i to trzeba wziąć na klatę. Szczególnie gdy jesteśmy same. Poczynając od prostych spraw, do tych najtrudniejszych. Nerwy biorą górę przy banalnych czynnościach, a te najtrudniejsze wydają się nie do zdobycia. Tak już jest. Jesteśmy z marynarzami, którzy pływają po świecie, i nie zawsze są z nami. Musimy same to ogarnąć. Jeśli tego nie zrobimy, to frustracja i niezadowolenie, wypływające z braku możliwości organizacji tych małych rzeczy, spowoduje przymus rezygnacji np. z małżeństwa. Dlatego zaakceptujmy to, że trzeba rezygnować. I niech rezygnacja stanie się furtką do planowania. Czyli: zrezygnowałam z wakacji rodzinnych, ale wezmę dzieci na mazury. Zrezygnowałam z pracy, ale postaram się coś pokombinować w domu, za jakiś czas. Zrezygnowałam z całego festiwalu (mimo ze mam bilet), ale pójdę choć na jeden dzień. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że gdy zrezygnujemy z czegoś, a uda się zastąpić to czymś innym (może nawet mniej spektakularnym ), to i tak satysfakcja jest ogromna.

A co z małymi przyziemnymi rzeczami? Młode matki mają tu najgorzej. One muszą z tych prostych spraw rezygnować najczęściej. Trudno jest wyjść do kosmetyczki, pobiegać, czy nawet spotkać się z koleżankami. Trudno – taki czas. Ale można poćwiczyć z Chodakowską czy Lewandowską wieczorem. Kosmetyczki, fryzjerki są też mobilne – trzeba znaleźć taką, która przyjedzie do domu. Zaakceptujmy to, że nie wszystko możemy. To nic złego.

Nie lekceważyłabym tych prostych rzeczy, z których musimy rezygnować. To potrafi wyprowadzić z równowagi, i w końcu człowiek wybucha. Zwłaszcza, gdy żyjemy w dobie social mediów i wszędzie widzimy ludzi, którzy ciągle gdzieś są, coś robią i z czegoś się cieszą. Nie pokazują realu. Patrzmy na siebie i na swoje dzieci. One są naszym odbiciem. Ich zachowania biorą się z naszych wzorców. Zwłaszcza, gdy nie ma taty. I czasem boli wybuch złości dziecka, bo widzisz siebie. Rezygnuj, ale planuj dalej, bez poddawania się. Życie z marynarzem jest fajne, przynajmniej coś się dzieje. Czasem plany powstają spontanicznie, czasem spontanicznie znikają. Rób tak, by finalnie nie musieć rezygnować z małżeństwa ani z siebie. Ja jestem swoim sterem i ja sobie to organizuję. Trzeba czasem tupnąć nogą. Trzeba patrzeć zawsze ze swojej perspektywy i do siebie się porównywać, nie do innych. Bo zwariujemy.

Ja planując cokolwiek, robię to z pełną świadomością że może się nie udać. Ale staram się na maksa, żeby to zrealizować. Jak nie wyjdzie, to nie płaczę. Kombinuję dalej, albo bez żalu odpuszczam (widocznie nie było warto).

I to chyba najlepsze podsumowanie tego tekstu, czyli: drugie imię żony marynarza, to kombinowanie.

sama-wszystkim-steruje-zawsze-cos-wykombinuje-1

Co było najtrudniejsze dla mnie?

Najtrudniej było mi zrezygnować z pracy. Pracowałam od matury, do momentu urodzenia pierwszego dziecka, non stop (tu można przeczytać). Potem nie mogłam wrócić do tego samego miejsca, gdyż miałam dyżury do 22.00. A to odpadało. Koszty niani oraz przedszkola przewyższałyby zarobki, a do tego dziecko które nie widzi i taty i mamy…sami wiecie. Na siłę próbowałam znaleźć pół etatu w różnych firmach. Połówki w Polsce są jednak mało popularne. Trwało to 1,5 roku. Ogromna frustracja i załamanie, że nie mogę. Nie umiałam zrezygnować. A to powodowało, że byłam straszna, niemiła i nie cieszyłam się z niczego. Zajęło mi 1,5 roku, zanim przypadkiem się przebranżowiłam i zaczęłam coś, czego nigdy bym się nie spodziewała. Sama stworzyłam sobie pracę, dopasowaną do mojego stylu życia. Ale zrezygnowałam ze starego myślenia, że muszę być etatowcem. Pewnie gdyby mąż był stacjonarny, w ogóle nie byłoby tematu. I siedziałbym teraz na etacie w jakiejś firmie. Nie byłoby bloga i mnie takiej, która wie, że rezygnacja to nie porażka, a furtka do nowych planów.

Co wymagało ode mnie ostatnio największej organizacji?

Wyjazd w pewne miejsce tylko z synem na 6 dni!!! Tak, ten wyjazd to od początku wielki znak zapytania. Czy faktycznie będzie warto, i czy wszystko się uda (o tym kiedy indziej).

Dwudniowa konferencja w Gdyni z nocną imprezą. Mąż w morzu, dzieci w domu. Udało się ! Konferencja moja. I nie wstydzę się tego, bo moje życie to nie tylko 24h 7 dni w tygodniu dzieci. Ja muszę mieć też swój kawałek. Trudniej go zdobyć, żyjąc z marynarzem, bo jest więcej ograniczeń. Ale czy ograniczenia nie są wyzwaniem? Nie mam zamiaru obudzić się po 50 z poczuciem, że nic dla siebie nie zrobiłam – i emocjonalnie i zawodowo i rozrywkowo. Moje dzieci mają mieć szczęśliwą mamę. Wszystko co robię dopasowane jest pod dzieci, ale to nie znaczy, że tylko z nimi musi być związane. Dlatego często z czegoś rezygnuję, a potem dalej kombinuję…

img_8356 img_8388 img_8389

img_8546

9 POWODÓW DLA KTÓRYCH WARTO PRZESUNĄĆ ŚWIĘTA.

Tyle ile nas – rodzin – tyle różnych konfiguracji wyjazdów na kontrakt. Marynarze wyjeżdżają chwilę przed świętami, w październiku czy też w okresie świątecznym, albo już w wrześniu. To z reguły jest ruletka. Bo jednak rzadko się zdarza, że podział wśród załogi jest rok na rok. Nigdy nie mamy gwarancji czy M będzie z nami na …

2 komentarze
box-2953722_1920

CO SPRAWIĆ SOBIE NA ŚWIĘTA?

Jest wiele rzeczy które chciałybyśmy  dostać na święta. Przez cały rok żyjemy powrotami i wyjazdami, nasze sprawy często odkładamy na bok. Ale przecież my to  kobiety marynarzy. Należy nam się. Musimy przecież coś mieć z tego życia. Coś za coś. Przyszedł czas świąteczny, to może zamiast pisać milionowy wpis – co kupić JEMU na święta ,żeby On …

0 komentarzy
Funny expression portrait of Angry yelling woman, tired stressed housewife

NIE WSTYDŹ SIĘ PŁACIĆ ZA POMOC.

Dom, praca, pranie, sprzątanie, obiadek, zajęcia pozaszkolne, znowu pranie i sprzątanie, lekcje, budowa na głowie, remont, bezsenna noc, znowu pranie… i tak się kręci ten nasz świat. U każdej z nas inaczej, ale powtarzalność czynności – tych prostych i tych skomplikowanych – może prowadzić do zwyczajnego doła. Brak męża/partnera w domu tworzy nam bardzo często …

10 komentarzy
andrew-neel-108081

JESTEM ZAZDROSNA

Kto nie jest zazdrosny, ten chyba nie kocha, prawda?  Mając naszego partnera obok siebie na co dzień, mamy takie złudne poczucie, że panujemy nad sytuacją, że tu wszystko wiemy, bo to na naszym terenie. Przecież znamy tu wszystkie zagrożenia. A jak jest gdy On jest   na morzu? Tam niczego nie wiemy i na pewno nie …

0 komentarzy
received_1430668790343026

CZY NA STATKACH JEST BEZPIECZNIE ?

Bezpieczeństwo osobiste na statku nie zależy od rodzaju statku, a od armatora. I to jest naprawdę klucz do naszych obaw. Bo ile razy zastanawiałyśmy się czy tam jest bezpiecznie? Pomijając różne regiony świata w których pływają nasi marynarze i na których sytuację polityczna, społeczną czy ekonomiczna nie mammy żadnego wpływu. Tak, jeśli chodzi o wybór …

15 komentarzy

13 Responses to REZYGNUJĘ…

  1. zielonyiksik pisze:

    Uniwersalny tekst. Żoną marynarza nie jestem, ale też z wielu rzeczy rezygnuję bo dziecko, bo pies, bo delegacja, bo praca…. Takie życie.

  2. Karzynka ⚓⚓⚓ pisze:

    Wszystko co piszesz…wszystko to też Ja….wyjęte słowa z mych ust i mego serca. 25 lat z marynarzem…Kocham Go mimo, że mam Go tak mało i tak bardzo to „mało” mnie obciąża ? bo mnie musi być ” dużo” by to ogarnąć! A w tle sarkastyczne słowa ludzi : ” no ale zarabia!!!” …..
    Ah….juz nie chce mi sie tego nawet im tłumaczyć bo i tak nie zrozumieją …
    Dziekuję Ci za ten wpis….
    Bo My żony marynarzy to jedna rodzina❤

    • Pati pisze:

      Ja również podzielam powyższe. Ostatnio zrezygnowałam z pracy, która wykańczala mnie psychicznie. Pracowałam od matury do kwietnia tego roku. Teraz opiekuje się dwójka dzieci i kombinuje żeby wymyślec coś czym mogłabym się zająć nie będąc na etacie. Bo tez pracowałam krócej, na 3/4 etatu ze względu na niepełnosprawność synka. Teraz znaleźć coś w takim wymiarze jest ciężko. A będąc żona marynarza i mieć niepełnosprawne dziecko nie da się pracować na cały etat. Niestety bloga pisać nie będę bo to raczej nie moje klimaty. Pomysłów na własny biznes póki co brak… a mnie zaczyna się trochę nudzić to niepracowanie bo należę do ludzi którzy na miejscu usiedzieć nie potrafią..?

      • Kasia pisze:

        Moim sposobem akurat nie był blog. On sobie był. Natomiast zaczęłam uczuć a to dawało mi możliwość brania zajęć na zlecenie. To było coś totalnie innego od tego co robiłam wcześniej ?

  3. Aga pisze:

    3/4 tekstu to tak jakbym czytala o sobie, jakby z mojego zycia wziete!
    Mamy 2 chlopcow (3 i 5 lat) i ostatnim wyzwaniem dla zony marynaza bylo przetransportowac sie z Poznania do Singapuru przez Helsinki! Bylo wyzwanie i udalo sie ogarnac to towarzystwo! Ukoronowaniem bylo i jest to ze spedzamy czas z tata marynarzem ( chwilowo pracujacym na ladzie).

  4. Bardzo podoba mi się ten tekst i Twoje podejście. Ja mimo tego, sama wychowuję Kubę również starań się nie rezygnować, ale w 90% rezygmujeo, bo trzeba. Ale właśnie tak, jak napisałaś – zamieniam na coś innego. 🙂

  5. Prawdziwa pisze:

    Bardzo fajny tekst

  6. Dana pisze:

    „Moje dzieci mają mieć szczęśliwą mamę” niewiele osób zdaje sob z teg sprawę, a właśnie w tym tkwi sedno. I właśnie matki i żony marynarzy w szczególności o tym wiedzą.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *