MENU

30 komentarzy Na poważnie

Money Money Money

images-2Bn

Świat się nie zmieni. To jacy jesteśmy najlepiej wiedzą pewnie nasi bliscy, zaufane osoby. Głowa do góry, power do serducha i naprzód. Cieszmy się z tego co mamy bo nigdy nie wiadomo jaka będzie przyszłość. A pieniądze dziś są, jutro ich nie ma. Pewnie, że są ważne, pomagają, zapewniają byt ale nie one dają gwarancję na szczęście w życiu i spełnienie. Wiem, że często nawet najbliżsi oceniają  przez pryzmat pieniądza(bo ma, bo ona może, bo nic nie musi, bo jest taka i owka…) i to jest smutne….:-( trudno, tak już jest:-)
-Czyli dziś coś w temacie właśnie pieniędzy ale raczej z przesłaniem pozytywnym…:-)
P.S Tekst nie dotyczy osób bardzo biednych, którym pieniądze potrzebne są do przetrwania ani też tych bardzo bogatych!! 

Rozłąka z rodziną, samotne tygodnie, miesiące, takie funkcjonowanie nie jest dla zabawy. Praca na morzu jak każda inna przynosi pieniądze. Nikt nie pływa, i nie funduje sobie utraty ważnych chwili w życiu najbliższych dla przyjemności. Tak na morzu jak i w każdym zawodzie stawki są różne.. Z reguły są one jednak nieco większe niż na lądzie. Ale przecież nie o to tu chodzi.

Masa hejtu, który wylewany jest na ludzi tylko dlatego, że na coś ich stać jest przerażający. Dlaczego człowiek(oczywiście nie chodzi tu o osoby bardzo biedne, które nie mają z czego żyć i co zjeść, którym niezbędne są one do przetrwania) uważa, że źródłem szczęścia są pieniądze? Dlaczego mimo, że sam do nich dąży swoją pracą każdego dnia, krytykuje za to innych. Zawiść, zazdrość, smutek, charakter, żal? Trudno powiedzieć. Czy zatem warto przejmować się opiniami innych ludzi – tych mniej życzliwych?
Raczej szkoda na to czasu, jest on zbyt cenny aby marnować go na milion prób przekonywania innych, że nie jest  się wielbłądem. To dotyczy generalnie podejścia do życia, nie tylko do pieniędzy czy oceny innych. Sukcesy(i nie chodzi tu o te zawodowe) odnosi się gdy faktycznie wierzymy w siebie, lubimy siebie i gdy potrafimy zachować dystans.

Pieniądze, owszem są ważne, pomocne bo pozwalają  nie martwić się o wiele spraw. Ale to by było bardzo płytkie gdyby stanowiło o naszym spełnieniu czy było wartością nadrzędną.

Wszyscy, nawet żony marynarzy czy marynarze (przecież „najbogatsze” grupy społeczne 😉 ) mogą spotkać się z przeciwnościami losu, tragediami, chorobami zwykłym smutkiem, tęsknotą. Nie da się zapłacić za emocje czy uczucia. To przecież takie oczywiste, że aż głupio o tym pisać. A jednak…

 

Smutne wydarzenia popychają dopiero w stronę refleksji ile mamy czasu i co powinno się liczyć. „Banalne” uniwersalne wartości wracają do łask – ale czemu tylko na chwilę?

Wiele kobiet czeka po parę tygodni, miesięcy na powrót męża, żeby za chwilę znowu się rozstać. Samotnie ogarniają Polską rzeczywistość. Żyją normalnie, nie narzekają, nie leżą w wannie pełnej kasy.
Ale każdego dania starają się tworzyć normalny dom i czerpać z codzienności jak najwięcej radości.
Doskonale potrafią docenić każdą wspólną chwilę ze swoim Marynarzem, bo wiedzą ile to kosztuje – wyrzeczeń, samozaparcia i miłości. Ale też wiedzą jak smakuje taki sukces i czym jest radość wynikająca z powrotu czy też uśmiech dziecka na widok taty.

A pieniądze? No są. I czy to oznacza, że ludzie nie mogą z nich korzystać? Przecież nie jest zbrodnią kupić to czy owo,wyjechać gdzieś, inwestować w edukację dzieci czy nawet spełniać swoje marzenia? Fakt, że kobieta nie musi zastanawiać się czy jej wystarczy, nie oznacza, że jest złym i zepsutym człowiekiem. Marynarze bardzo ciężko  pracują na morzu – to nie jest łatwy zawód, tu nic nie jest za darmo. Bardzo dużo kobiet marynarzy wbrew obiegowej opinii, też pracuje zawodowo w rożnych wymiarach godzinowych. Inne całe serce wkładają w pracę na rzecz rodziny i domu. Każdy dokonuje swoich wyborów. Tyle ile rodzin, tyle rozwiązań i bardzo różnych potrzeb. Nie można obwiniać czy wstydzić się tego, że realizuje się swoje marzenia, spełnia potrzeby najbliższych czy pomaga innym ludziom. To nie jest egoizm. Gdzieś kiedyś Anna Lewandowska napisała, że (mniej więcej): „W Polsce ludzie, którym udało się osiągnąć jakiś (mniejszy czy większy) sukces finansowy są wytykani czy obrażani. Natomiast w Niemczech  traktuje się ich z uznaniem, i gratuluje się im  sukcesu”. Taka drobna różnica w mentalności. Oczywiście pieniądze nie zawsze idą w parze z rozumem i wtedy pojawia się problem. To zależy od przypadku. Rodziny marynarskie z reguły mają duże poszanowanie dla wartości rodzinnych właśnie poprzez rozłąkę.

Receptą udanego małżeństwa na odległość jest wzajemne zaufanie, przyjaźń i praca nad związkiem a nie kasa. Pewnie, że to oklepane stwierdzenia. Ale najtrudniej jest uznać i zrozumieć właśnie te najprostsze rozwiązania. Jeżeli można liczyć na tą druga połowę na rodzinę na dzieci, przyjaciół to nic innego nie ma znaczenia.

P.S dla „życzliwych”. Tyle mitów powstało o zarobkach marynarzy, że aż trudno to komentować milionowy raz:-) 🙂 
Często praca, rozstania i poświęcenie nijak się mają do wynagrodzenia – Ale pewnie „wy” i tak wiecie lepiej 😉

Pozdrawiam
Kasia

 

30 Responses to Money Money Money

  1. Full of salient points. Don’t stop believing or writing!

  2. Anonymous pisze:

    witajcie

    Nie wiedziałam, w którym temacie o to zapytać, więc wybrałam najbliższy mojemu pytaniu. 🙂
    Jako początkująca żona Marynarza chciałabym zapytać o wypłate on off.
    Wcześniej M otrzymywał pensję od razu, również za wolne, a teraz w nowej firmie jest to podzielone, że na lądzie i na urlopie.
    Firma wezwała M wczesniej o kilka dni, więc będzie pracował dłużej.
    Jak to zostanie potraktowane? Dostanie pieniądze za te dni, ale ‚urlopowe’ nie beda powiększone te dodatkowe dni?
    Pytam, bo wczesniej M zarabial dzienne np 300 dolarów, a teraz 150, liczac, ze 150 za dzien an statku i 150 za dzien urlopu. CZyli te dodatkowe dni to suma ich razy 150, gdy jest w pracy, a gdy na urlopie? to nie ma wypacanych wiecej pieniedzy?
    Na poprzednich statkach, gdy M jechal do pracy wczesniej do wypacali normalna dniowe, czyli np te 300. A teraz tutaj wychodzi, ze 150? Czyli taka płaca on/off sie nie oplaca?

    Jakie macie doswiadczenia?
    Prosze o pomoc.

    Pozdrawiam serdecznie wszystkich.

    • Dżej pisze:

      Tak – masz rację generalnie w momencie kiedy podmiany nie są równo taki kontrakt się nie opłaca. Generalnie w firmach wygląda to tak, że na koniec roku następuje rozliczenie nadwyżki leave day i jest ona wypłacana z pensją w grudniu lub styczniu (do tego czasu kurs zapewne spadnie więc dodatkowa strata). Można spróbować wyrównać leave day ze zmiennikiem, żeby on z kolei nie miał niedoboru – w praktyce mało prawodopodobne do zrealizowania.
      Istnieje też możliwość złożenia specjalnego podania do firmy o zmniejszenie zaległych leave day i wypłatę z kolejną pensją – uzasadnić prośbę remontem/ ślubem itp. (na przykład jeżeli zalega miesięczna pensja, jeżeli jest to tylko kilka dni to raczej nie wypłacą). Firma zostawia sobie około 2 tyg zapasu na wypadek zmian rotacji, których nie wypłaca.
      Więc wychodzi tak, że jest się do tyłu o połowę dniówki i dzień wolny.
      Trzeba sprawdzić jaki jest zapis o nadwyżce dni – bo w porządnych firmach jest to 100 % pensji. Ale i tak nie odzyskuje się przysługującego dnia wolnego.
      My też to przerobiliśmy już i uważam, że kontrakt door to door jest najlepszy.

    • Anonymous pisze:

      Dżej,serdecznie dziękuję za odpowiedź. 🙂
      Twoja wypowiedź wyjaśniła mi dużo.
      Pozdrawiam. 🙂

    • Anonymous pisze:

      A co się dzieje, gdy wrócisz ze statku i na urlopie zawiadomisz firmę, że rezygnujesz z pracy u nich? Dostaniesz wypracowane urlopowe pieniądze, tzw. off?
      Pozdrawiam!

  3. Anonymous pisze:

    Ja mam dla zazdrośników jedno zdanie, które zaczyna i kończy rozmowę: „nie mam zamiaru nikogo przepraszać za to, że mój mąż zarabia więcej niż średnia krajowa” 🙂

  4. Anonymous pisze:

    Drogie Panie, Piotr nie patrzy tylko ze swojej perspektywy. Jako człek ze stażem małżeńskim 20+, podpisuję się dwoma rękami – „związki marynarskie są specyficzne, ale wcale nie trudniejsze”. Wystarczy się kochać i nauczyć się czerpać korzyści z tej specyfiki. Nie zgadzam się, Dariu, że Wy kobiety macie trudniej. Spróbuj na spokojnie spisać w punktach w czym masz gorzej od nie-marynarzowej. Wg mnie, to nie żony marynarzy mają gorzej, tylko wszystkie „kobiety pracujące” mają ciężko. Uważam, że paradoksalnie marynarskie małżeństwa mają wręcz łatwiej, bo:
    – rozłąka zabezpiecza przed rutyną i nudą
    – stabilność finansowa i zatrudnienia daje poczucie bezpieczeństwa – bezcenne w dzisiejszych czasach.
    Na pewno nie pływanie jest przeszkodą w budowaniu udanej rodziny, małżeństwa itd. Przeszkodą bywa brak miłości, rozumianej jako coś więcej, niż zafascynowanie drugą połową.
    Podoba mi się też to, co zauważył Piotr – syndrom „towarzyszek niedoli” 😉 Drogie Panie, moja żona szczyci się tym, że jest „marynarzową” i bardzo to sobie chwali. Cieszy się z tego, że nie ma pojęcia o kredytach, bo nie musiała ich nigdy brać, że ma nienormalnego faceta, który nie lampi się non stop w TV, nie drinkuje, nie lubi sportu w TV, nie przepada za małymi dziećmi, ma fioła na punkcie swoich hobby, lubi swoją pracę, ale nie poświęca jej więcej, niż 183 dni w roku, stara się spędzić z żoną każdą chwilę nawet, jeśli to będzie „zapierdziel w kuchni”. Mimo 20+ po ślubie, radochę sprawia nam zwyczajnie bycie z sobą. Mąż marynarzowej w nosie ma ile żona wydaje, podziwia swój skarb, który jest w stanie ogarnąć cały dom, dogadać sie z dorastającymi dzieciakami, pracuje zawodowo i jeszcze potrafi okazać radość. Nieraz miałem okazję zmienić tryb życia na lądowy, a mimo to od dobrych 15 lat świadomie i celowo trwam w „pracy na morzu”, bo dzięki niej żyje nam się lepiej i łatwiej. Podobnie jak tym, którzy zazdroszczą marynarzom kasiorki proponuje się, żeby się przekonali o trudach tego zawodu na własnej skórze i zostali marynarzami, tak ja proponuję wysłać pierwszego lepszego marynarza, żeby z lądowym ekwiwalentem posiadanych kwalifikacji spróbował znaleźć pracę na lądzie i z niej utrzymał rodzinę, a paniom życzę wyobrażenia sobie własnego starego pyrkającego codziennie w porannym korku, wracającego grubo po godzinach, bo… w Chwaszczynie się rondo przykorkowało, albo jaśnie szef kazali zostać, a tak w ogóle, to ma być reorganizacja firmy i nie wiem, czy jutro nie zastanę wypowiedzenia, dobrze, jeśli mi zapłacą., obiecany urlop był 5 lat temu. Biadolić na temat życia w rodzinie marynarskiej może ten, kto nie ma pojęcia jak wyglądają realia życia współczesnej rodziny lądowej i życzę Paniom Marynarzowym, aby w tej błogiej niewiedzy jak najdłużej pozostawały.

  5. Piotr pisze:

    Czytając powyższe komentarze dziwi mnie fakt, że autorki postów z jakiś powodów tłumaczą się przed innymi czytelnikami dlaczego ich mężowie mimo wszystko zarabiają ponad średnią krajową. Czyżby jednak złośliwe komentarze i utarte stereotypy wywoływały nieuzasadnione poczucie winy? Bez sensu jest taka postawa, bo jak zwykło się mówić, tłumaczy się tylko winny. Moim zdaniem nie ma potrzeby dorabiania ideologii do tej pracy. Zarabia się dobrze, ponieważ pracuje się dla zagranicznych, dobrze prosperujących koncernów. Zarobki marynarza można przyrównać do pensji ludzi pracujących na lądzie w tych krajach i innych zawodach wymagających dość specyficznych kwalifikacji. Na polskie warunki z oczywistych względów będą to spore kwoty i wynika to z samych relacji pomiędzy przychodami w różnych krajach. Dlatego nie rozumiem tłumaczenia w rodzaju, że zarabia się więcej, aby zrekompensować rozłąkę, tęsknotę, czy nawet nieopłacany ZUS. Pomijam fakt, że sporo marynarzy ma opłacane składki socjalne przez swoich chlebodawców, a pozostali zwyczajnie sami mogą się o to zatroszczyć. Ta praca wbrew temu co szanowne panie tutaj piszą, nie jest aż tak trudna czy wymagająca, a przy tym daje coś czego inni mogą pozazdrościć. Tyle miesięcy w roku wolnego co marynarz, mało kto może sobie pozwolić. Są minusy, ale też jest sporo pozytywów. Osobiście przyznaję, że nie zamieniłbym się na pracę na lądzie, bo nie umiałbym znieść myśli, że najbliższe, naprawdę długie i w pełnym słowa znaczeniu wolne to emerytura. Na morzu pracuje się intensywnie, ale skokowo, a na lądzie niestety ciągle. Zresztą już od dawna nie wierzę w to, że gdzie indziej to sama słodycz. Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma, dlatego cieszmy się z tego co robimy. Oczywiście, że większość pracuje dla pieniędzy, ale nie zgodzę się ze stwierdzeniem, że marynarz to wyjątkowe poświęcenie. W każdej profesji, chcąc coś osiągnąć trzeba dać sporo z siebie. A to jak kto znosi rozłąki z rodziną i przebywanie poza domem w dużej mierze zależy od psychiki, ale też od podejścia do życia. Pracując na lądzie, wiele małżeństw mimo, że niby razem, to żyją osobno ze względu na ilość obowiązków. Dlatego nie ma co dramatyzować, bo w obecnych czasach praca marynarza wcale nie jest wyjątkowa na tle innych zawodów. No może pieniądze jeszcze robią jakąś różnicę, bo ze względów o których wcześniej napisałem wychodzi godziwa zapłata i mimo wszystko zaryzykuję stwierdzeniem, że przy mniejszych poświęceniach niż inni.

    • Kasia pisze:

      Pewnie, że masz rację ale pamiętaj. Źe to wszystko jest z perspektywy kobiet, które żyją zostają tutaj i jest to trochę inaczej niż na morzu. I niestey spotyka je, nas inne podejście do tematu. :-):-)

    • Piotr pisze:

      Oczywiście, zgadzam się z Tobą że kobieta zostająca w domu trochę inaczej podchodzi do tematu. Jednak wydaje mi się, że dużo piszących tutaj kobiet utraciło właściwą perspektywę. Przyznam, że ciekawie czyta się te przemyślenia, ale brakuje mi tutaj czegoś, czego się tak na prawdę spodziewałem. Odnoszę wrażenie, że czytelniczki zamiast wzajemnie się podbudowywać i pokazywać właściwe kierunki stały się „towarzyszkami niedoli” ubolewającymi nad losem jaki je spotkał. Takie tkliwe pocieszanie, że nie tylko jedna z pań ma źle, ale są też inne koleżanki w podobnej sytuacji. Brakuje mi w tym wszystkim optymizmu, radości życia i poszukiwania pozytywów zaistniałej sytuacji. Złapania odpowiedniej perspektywy i nabrania dystansu do bycia marynarzową.

    • Kasia pisze:

      Myślę, że to też zależy od tematu. Generalnie jest pozytywnie. Czy tu czy na funpagu wiele jest pozytywnych przesłań i właśnie nastawionych na to( zreszta jak powyższy tekst) że warto sie tym cieszyć a nie dołować. Co też nie zminia faktu, że rożne tematy inaczej dotykają rożne kobiety. Celem jest poszukiwanie pozytywów jednak nie jest to proces – tak mi się wydaje- który nastąpi w ekspresowym tempie. Wiesz różne sa sytuacje i te o których piszą dziewczyny zdążają się faktycznie-chociażby na codzień wytykanie wydatków przez rodzine(to przy okazji tego posta) itp. To są przykre rzecze i też fajnie, że aby oprócz napędzania się na pozytywy dziewczyny także potrafią wspierać się w tych trudniejszych sytuacjach. :-):-):-):-):-):-):-)-:)

    • marynarzowa pisze:

      Panie Piotrze zapewniam Pana, że to jest najbardziej pozytywny blog dla żon marynarzy jaki można znaleźć w całym eterze. Jeżeli marynarz lubi pływać, to akurat wszystkie minusy takiego życia ponosi tylko kobieta. Bo my Wam w statkowej rzeczywistości nie jesteśmy potrzebne. Wy macie wszystko – dom, rodzinę, satysfakcję z pensji, ciekawy zawód, dużo wolnego itp. A my zostajemy w „normalnej” rzeczywistości i to czy mamy męża przy boku czy nie to jest niebo a piekło. Musimy sobie kompletnie inaczej organizować życie – żyjąc wśród ludzi, którzy tego nie rozumieją. Dla kobiety, która chce pracować zawodowo, a do tego ma dzieci, a męża nie ma 50% czasu (a w praktyce to 60-70%) to to jest mały koszmarek. I nikt mi nie powie, że mamy łatwo i powinnyśmy widzieć więcej plusów… bo jest naprawdę ciężko

    • Piotr pisze:

      Pani Marynarzowo, w pełnie zgadzam się z tym że nie jest lekko, ale nikt nie mówi że życie jest łatwe. Związki marynarskie są specyficzne, ale wcale nie trudniejsze. Wszyscy stają przed trudnymi wyborami i konfrontacją z rzeczywistością. Gdy oboje małżonków pracuje, wtedy wyjątkowo dobrze trzeba się zorganizować, a i tak będzie mnóstwo przeszkód i kłód pod nogami. Dlatego uważam, że wcale nie jest gorzej lecz inaczej. W rodzinie marynarskiej życie jest bardziej zmienne, gdyż wyznacza je cykl wyjazdów i powrotów. Gdy mąż jest w domu, to jest w nim w pełni. Będzie miał zdecydowanie więcej czasu na przejęcie domowych obowiązków, zajęcie rodziną i wszystkimi innymi sprawami w porównaniu z mężem, który codziennie rano wstaje do pracy i pojawia się w domu późnym popołudniem. Potem jednak przychodzi moment, w którym marynarz wyjeżdża i nie ma go w domu wcale. Często w tym jest problem, że kobiecie trudno zaakceptować taką sytuację i częste zmiany, dlatego zamiast cieszyć się, że może mieć męża przez kilka miesięcy, zamartwia się że go przez tyle samo czasu nie ma. I jeszcze jedna kwestia, która mnie dziwi, to waga jaką kobiety przywiązują do wizerunku, tego jak otoczenie Was widzi. Osobiście mam to w w nosie jak inni patrzą na takie relacje. Zdaję sobie sprawę, że nie przekonam do swoich racji ani Pani, ani innych kobiet tutaj zaglądających, bo problem nie leży w argumentach lecz w naturalnej wrażliwości, która jest inna u kobiet patrzących na życie mniej pragmatycznie.

    • Anonymous pisze:

      Podzielam opinie Piotra. I zwracam się do szanownych żona marynarzy: nie zachowujcie tak, jakby stale ktoś Was atakował. Bo wcale tak nie jest.Na lądzie wielu żonom i matkom żyje się o wiele gorzej (nawet nie myślę o pieniądzach). Jestem żoną marynarza od 25 lat ,ale nigdy nie spotkałam się z zazdrością, a wręcz przeciwnie, wszystkie koleżanki mi współczuły, że praktycznie sama wychowuję dzieci pracując zawodowo.Prawdę mówiąc złościło mnie to, bo sama wybrałam takie życie, nikt na siłę do ołtarza mnie nie ciągnął, kochałam męża i wiedziałam co mnie czeka (oczywiście nie w 100 procentach, bo ciężkie nieoczekiwane chwile były, jak u każdego człowieka). A jak obserwowałam życie innych par będących ze sobą dzień w dzień, to też nie było czego zazdrościć. A gdy mąż wracał, to stawał się „kurem domowym”, przejmował wszystkie domowe obowiązki i mam wrażenie, że poświęcił dzieciom w sumie więcej czasu, niż jego koledzy na lądzie.
      Więc Drogie Panie! uśmiechnijcie się i nie narzekajcie. Łatwo nie jest, ale komu jest?

    • Anonymous pisze:

      a ja s zgadzam z marynarzową. uwielbiam swego męża, cenię i szanuję jego pracę i nie zamieniłabym go na innego. po prost – cenię sobie facetów z pasją. ale Piotr patrzy tylko ze swojej perspektywy. mężczyzna na morzu ma tylko pracę. owszem, przebywając na lądzie, jest tu w 100%, odciążając kobietę, poświęcając czas dzieciom. Ale będąc na morzu, tu nie ma go w 100%. i ktoś, tj. kobieta, musi przejąć jego obowiązki. Lubię swoje życie, kocham powroty męża, wspólne cieszenie się sobą, wieczną miłość przez ciągłą rozłąkę. Też uważam ten blog za pozytywny. Ale, Piotrze, nie zmienia to faktu, że my kobiety, żony marynarzy, mamy dużo trudniej, niż Wy, mężczyźni, marynarze. Pozdrawiam. Daria

  6. Ja nigdy nie zrozumiem zaglądania komuś do portfela, rozliczania ludzi z ich własnych wydatków.

    A temat wyższych zarobków marynarzy traktuję tak: bardzo dobrze, że tyle nasi mężczyźni zarabiają. Cholera jasna, to nie jest praca lekka i przyjemna, a w dodatku wymaga wielu wyrzeczeń i spędzenia połowy każdego roku w pływającym więzieniu, z dala od rodziny i przyjaciół. Trudno, żeby ktoś za średnią krajową chciał pracować w taki sposób.
    Chociaż właściwie – niektórzy muszą. Kadeci na przykład, których wykorzystuje się jako tanią siłę roboczą. Zarabiają tyle co na lądzie, zapieprzają fizycznie, są na każde zawołanie i dostają z wielką łaską półroczne kontrakty. No ale cóż, odbębnić trzeba, żeby potem było lepiej.
    No i nie oszukujmy się – pływa się dla kasy. Może romantycznego licealistę kręci wizja obserwacji gwiazd ze środka oceanu, ale szkoła i praca szybko zweryfikują jego wyobrażenia. Gdyby przeciętny anglista czy dziennikarz dostawał pracę od ręki i zarabiał tyle, co oficer na statku, większość naszych marynarzy uczyłaby teraz angielskiego w podstawówce albo pisała kiepski tekst do gazety codziennej. A my skakałybyśmy z radości, że nie musimy przeżywać tych wszystkich bolesnych rozstań.

  7. Pieniądze pomagają życ pisze:

    Dobrze, że jest kasa. Żona marynarza musi umieć liczyć na siebie to czemu ma sobie nie pomóc? Kupić sobie pełne ubezpieczenie samochodu tak żeby wiedzieć, że zawsze wróci do domu – na lawecie ale wróci 🙂 kupić sobie smartfona z internetem żeby mieć kontakt z M caly czas gdziekolwiek by nie była. Musi się martwić o tyle rzeczy to przynajmniej może sobie zapewnić trochę spokoju ducha w ten sposób.
    A oprócz tego każdy chce spełniać swoje marzenia, a do tego potrzebne są pieniądze. Kto wie co nas czeka jutro? Dlaczego się nie cieszyć z tego co mamy? Dlaczego nie mieć lepszego życia – umartwiać się bo ktoś jest zazdrosny? Nie znają naszych wszystkich trosk ale wszystkie dogodności skomentują zawsze z najwyższą precyzją.
    Mieć spokojne finansowe życie o którym przecież każdy marzy i do tego dąrzy to od razu znaczy że nam „odwaliło”?
    Gdyby w tym kraju wszyscy mieli pieniądze na spokojne życie i realizajcę pasji nie byłoby tyle hejtu, ale ponieważ jest to poza zasięgiem większości społeczeństwa to zawsze znajdą coś…. no więc tak jak tu pisali już wcześniej trzeba przyjąć wszystko na klatę i mieć prawdziwych przyjaciół którzy nie patrzą na Ciebie przez wielkość portfela

    • Anonymous pisze:

      święta prawda! więcej życzliwość i szczerych słów przyjdzie od osób których się nie spodziewamy. Sama muszę z tym walczyć, gdzie najbliższa rodzina potrafi zhejtować nasze decyzje , „o niee , macie nowy samochód, ale po co, ale mogliście lepszy, ale dużo pali itd” gdzie nie widzą że X lat jeździliśmy z 2 dzieci rozklekotanym 20 letnim samochodem i nikt się wtedy nie martwił że nie mogę do przedszkola dojechać, że stanie na drodze z dziećmi i musi ktoś holować. A to jest dopiero pierwszy przykład. Czasami jest mi przykro, ale próbuję otoczyć się ludźmi którzy sa szczerzy

  8. Anonymous pisze:

    Zawsze takim „życzliwym” można zasugerować, skoro według nich tak się dobrze na morzy zarabia i tak dobrze tam jest, aby sami popłynęli i sobie tyleeee pieniędzy przywieźli. Bo ładnie to wszystko wygląda jak się patrzy na to z boku. A rozłąka z rodziną, tęsknota każdego dnia, święta na morzu, trud pracy po kilkanaście godzin dziennie w ciężkich warunkach po 7 dni w tygodniu przez długie miesiące, ciągłe bycie zamkniętym w puszcze z tymi samymi ludźmi, to już nie brzmi tak miło i przyjemnie. A żeby zacząć zarabiać godziwe pieniądze to też swoje trzeba „odpracować” najpierw. Nikt nie pływa z miłości do morza, pieniądze te są rekompensatą za wszystkie wyrzeczenia, których musi rodzina marynarza i sam marynarz doświadczyć.
    Więc wszystkim „życzliwym” polecam przed komentowaniem trochę popływać.

  9. Anonymous pisze:

    Temat wiecznie żywy. Polacy lubią zaglądać innym do portfela ot taka polska mentalność a jak sie „sąsiadowi” krzywda dzieje to pełnia szczęścia.
    Nawet w środowisku marynarzy panuje zazdrość zwłaszcza jak na tym samym stanowisku są różne zarobki. Wiecznie słysze, że my to mamy a no mamy bo oszczędzamy a kto innym broni oszczędzać? Jeszcze jedno takie moje prywatne spostrzeżenie- niektórym za racji większych pieniędzy uderza sodówka do głowy. Wspóczuję takim ludzią

  10. wyszkam pisze:

    „życzliwi” nie wiedzą również o tym, że marynarze pływający w dzisiejszych czasach muszą sobie odłożyć emeryturę, bo większość z nich nie płaci składek ZUS i na starość będą żyli z własnych oszczędności. To co zarobią teraz muszą tak ulokować, żeby mieli co do garnka włożyć po zakończeniu kariery. Pozdrawiam 🙂

  11. Anonymous pisze:

    jako doświadczona żona marynarza, matka jego dzieci i pracująca na pełen etat kobieta powiem jedno: trzeba otaczać się właściwymi ludźmi:). Nasi przyjaciele nie zawodzą, nie oceniają, nie wytykają. Oni są najważniejsi. Wszyscy inni po prostu się nie liczą i nie ma co kruszyć kopii i po raz eNty rozpisywać się i tłumaczyć spraw związanych z wynagrodzeniami na morzu. Pamiętajmy, winny się tłumaczy:), a tylko MY wiem jak jest naprawdę. Pozdrawiam wszystkie Marynarki:)

  12. Anonymous pisze:

    oj oj, niestety rodziny marynarzy maja od zawsze chyba problem z „życzliwymi”, którzy sądzą, że to takie wielkie pieniądze… mój mąż opowiadał mi kiedyś jak któryś kapitan porównywał zarobki kiedyś i dziś i powiedział, że dawniej jeden miesiąc pływał na utrzymanie w Polsce domu, żony (która lubiła wystawne życie) i rodziny przez resztę jego pobytu na statku a pozostałe pieniądze szły na oszczędnościowe i po powrocie był nowy dom, samochód, wakacje. Teraz jak same wiecie już tak kolorowo nie jest, ale w ludziach nie znających środowiska pozostało przekonanie o rewelacyjnych zarobkach.
    Mnie nie boli jak obcy coś takiego gadają lub sugerują. Ja mam tak mega oszczędny tryb życia, że ojej, nie ubieram się źle, dzieci też są schludne, ale jestem mistrzynią okazji i na każdym kroku, gdzie się da oszczędzam- bo dziś jest kontrakt, ale co będzie jak mój marynarz będzie pół roku lub dłużej szukał nowego? Przez ten czas też trzeba żyć, są opłaty, kredyty.
    Najbardziej boli jak bliscy mają jakieś HALO do naszego trybu życia, jak „mamusia” ma jakieś brąchy do tego, że ja siedzę w domu z małymi dziećmi i żyję za pieniądze jej syna, a ona musi jeszcze tyrać do emerytury i teksty, że to ja powinnam pracować a ona siedzieć z wnukami…

  13. A ja dziś zjem na śniadanie „kanapki z hajsem” 😉 Miłego dnia życzę 😉

  14. Anonymous pisze:

    Nic dodac nic ujac. Najsmieszniejsze jest to, ze zazwyczaj wytykaja, zazdroszcza i krytykuja nie ci biedni ludzie, jakos wiazacy koniec z koncem.. nauczeni radzic sobie z trudami zycia, tylko Ci ktorzy caly czas czekaja na gwiazdke z nieba, wygrana w totka lub pomoc Mamusi.
    Wracam pod pierzyne wypchana zielonymi 😛

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *