MENU

9 komentarzy Na wesoło

Happy

photo

Do tego wpisu poniekąd zainspirowała mnie pewna żona marynarza. To takie moje refleksje na temat happy. Generalnie bardzo nie lubię zawiści mimo, iż bywa ,że sama się na niej łapie. Dlaczego nie cieszyć się swoim i innych szczęściem tak samo? I nie mylić z przechwałkami, bo to zupełnie co innego. No właśnie, co innego a wrzucane do tego samego worka. Szkoda. Życie w harmonii jest lepsze od bycia zawistnym. Poczytajcie to zobaczymy jak wy odbieracie ten temat…

Happy happy happy. Każdy chyba dąży do tego, żeby być happy. Cała masa ludzi pracuje każdego dnia, żeby mieć pieniądze, zdrowie, rodzinę i spokojne udane życie. Ludzie grają w totka marząc o szczęściu i bogactwie. Biorą kredyty, żeby wyjechać za granicę na wakacje, zwyczajnie chcą zafundować sobie odrobinę szczęścia. Przecież być happy daje siłę, zdrowie i dobre chwile. 

 
Skłonność do zamartwiania się i narzekań jest trochę taką ludzką wadą. Niestety. Z jednej strony cel  jest wspólny ale drogi różne, bardzo różne. I właśnie ta, różnica w dochodzeniu do własnego szczęścia, satysfakcji z osiągnięcia jakiegoś cel, czasami tworzy (niepotrzebnie) złe relacje między ludźmi. Czyli najprościej, jeżeli coś ci się uda z czegoś jesteś zadowolona/y, odczuwasz swoje happy to, najlepiej się nie ujawniaj. Bądź też uważaj gdzie to robisz. Gdyż niestety bywa, że  zostajesz skrytykowana/y obmówiona/y itp. Bo jak to, pewnie coś zakombinowałeś, odbiło ci albo się nie należy zwyczajnie szkoda słów. Oczywiście nie jest to regułą ale też  nie jest to wyjątkiem…



A jak to się ma do żon marynarzy? Szkoda przytaczać stereotypowe określenia związane z tą grupą czy mity, odnośnie pławienia się w pieniądzach, leżeniu na kanapie itp. Oczywiście jest coś za coś i nie ma co ukrywać standard życia jest na dobrym poziomie. Ale nie o to chodzi. Raczej o wyrażanie swojego szczęścia. Dlaczego nie cieszyć się sukcesami innych? No przecież to miło. Dlaczego żony marynarzy czasami ukrywają, że cieszy je cała masa przeróżnych rzeczy. Czas, który spędzamy osobno sprawia, że wartość tych wspólnych chwil rośnie, i dalej chęć przeżywania go mocniej motywuje do działania na różnych płaszczyznach.


Przecież chcemy happy. Dążmy do tego, osiągajmy wymarzone cele i cieszmy się sukcesami innych. Żona Marynarza i zresztą każda inna też, powinna mieć oczy szeroko otwarte. Opuścić myślenie schematyczne. Jeżeli ma możliwości i chęci realizowania swoich marzeń celów, nawet najdziwniejszych, to niech to robi. Nie trzeba na siłę siedzieć w schemacie. Lubisz piec ciasta, świetnie, to po co spędzasz 8 godzin w korporacji w pracy, która cię nie satysfakcjonuje. Przekuj to co lubisz w to co robisz. To jest myślenie poza schematami. Żyjemy raz.

Z sukcesów małych, większych trzeba się cieszyć. I olać ludzi, którzy tego nie rozumieją, to nie są przyjaciele. Start był taki, że każdy dąży do bycia happy. A koniec woła o to, by cieszyć się tym swoim happy i nie wstydzić się tego. Ludzie zawsze gadają i będą to robić następne wieki. 
Cieszy mnie to, że jestem Żoną Marynarza, że mogę podróżować, że mogę być freelancerem, że mogę podejmować spontaniczne decyzje i nie zamieniałabym się z nikim. Cieszy mnie, że mogę się tym z wami dzielić i tak, jestem happy.

Pozdrawiam Was
Kasia 



9 Responses to Happy

  1. It’s a joy to find someone who can think like that

  2. You mean I don’t have to pay for expert advice like this anymore?!

  3. Anonymous pisze:

    A ja jestem po między jedną skrajnością a drugą. Z moim Mężem jestem od 8 lat, pływał od początku. Teraz jest lepiej pół na pół, ale na początku bywały takie lata, że był 2-3 miesiące, w roku, w domu. To był koszmar!
    Pieniądze nie wynagradzają niczego. Nie nadrobi się ojcostwa, czy małżeńskiej bliskości. Nie kocham takiego życie i nigdy nie pokocham, ale chyba je zaakceptowałam. Mam dziecko, które łagodzi tęsknotę, wiem, że gdy wrócę do pracy będzie jeszcze lepiej, ale nie oszukuje się. Zdaję sobie sprawę, że to wszystko co wypełnia moje życie po prostu, ułatwia mi czas czekania. Nauczyłam się myśleć, że żyjemy po prostu inaczej, nie lepiej, nie gorzej niż inni, ale musiałam się tego nauczyć.
    Za Mężem, z czasem tęsknię coraz mocniej i wiem, że mu też jest coraz trudniej . To nie jest łatwe życie, ma swoje plusy, ale nikt mi nie wmówi, że czegoś takiego chciał. Najbardziej cierpi tu rodzina, jak mawia mój małżonek- rodziny marynarzy to swego rodzaju patologia.Jest w tym jakiś sens, skoro dzieci często traktują ojca- marynarza, jak obcego człowieka. Niestety znam mnóstwo przykładów, kiedy to już dorosłe dzieci nie chcą znać swoich ojców marynarzy, bo nigdy ich nie było. Staram się do tego nie dopuścić u swojego dziecka, ale czy mi się uda? Czas pokaże. Już nie pobadam w rozpacz, staram się układc swoje życie z nim i bez niego. Nauczyliśmy się też oboje przechodzić momentalnie z jednego trybu w drugi, doceniam to że nie jest nudno, że się kochamy, że doceniamy każdą chwilę spędzoną razem, nie wiem czy umieli byśmy już inaczej. Ale nigdy tego nie polubię!
    Pozdrawiam Luna1310

  4. Kasia pisze:

    Witaj, no właśnie tym bardziej powinnyśmy trzymać się razem aby takich chwil było jak najmniej. Bo nie da się ukryć, że przychodzą takie chwile, że nic nie jest w stanie wynagrodzić rozłąki …że się już nie chce. Ale jak będziemy się wspierać i mieć świadomość, że nie jesteśmy same to jest szansa….trzeba siebie wzajemnie napędza. Pzdr

  5. Anonymous pisze:

    Witam serdecznie.

    Najpierw napiszę, że bardzo się cieszę, ze Was znalazłam… 🙂

    Ja podzielam zdanie Anonimowej.

    Mój mąż ‚pływa’ od 4 lat, a 8 jesteśmy razem.
    Coraz gorzej znoszę rozstania.. także i powroty.
    Nie cieszy mnie ten niezaprzeczalny wielki dreszcz emocji, gdy ukochany wraca. To jest wyjątkowy dzień, i te dni poprzedzające, czyli przygotowania do powrotu.
    Ale z tym wszystkim wiąże się też frustracja, rozpacz, żal, że tak się żyje..bez siebie. I to odnalezienie się męża w domu, jak i całej rodziny, po powrocie trwa jakiś czas…
    Czas szybko płynie, niczego nie uda się nadrobić..nie można wykochać się na zapas..tak jak najeść.
    Potem zbliżający czas wyjazdu do pracy, płacz…rozstanie..
    Pierwsze koszmarne dni, jak i kolejne niewiele lepsze..
    Pieniądze?? Tak, to jest wspaniałe móc wyjść do kina, teatru, wyjechać gdzieś, czy wydać pieniądze na kosmetyki ulubione..
    Ale..to nie cieszy.. Bo przeżywam to sama.
    Chcę się kochać, tulić, być blisko.. żyć razem.. A wciąż i wciąż o tym marzę..
    Siłą rzeczy człowiek się oddala od siebie..

    Pozdrawiam Was serdecznie i bardzo chciałabym Was poznać, bo nie udało mi się być 14 marca w Sopocie.

  6. Anonymous pisze:

    a ja jestem tym zmeczona. mam 30 lat, z moim marynarzem jestem od 16 roku zycia, czyli prawie polowe zycia. najpierw bylo studiowanie w roznych miastach, a od niespelna 10 lat moj maz plywa. pierwszy wspolny rok byl jedynym spedzonym w calosci. przez ostatnie 10 miesiecy byl w domu jedem miesiac (rejs.. 3miesieczny kurs w innym miescie… kolejny rejs).. przed nami nadal dwa bez siebie. jestem przez to samotna mama, zona, od wszystkiego… od naprawy auta, od opieki nad dzieckiem.. od sprzatania, placenia rachunkow, po damotne wieczory. myslicie ze cieszy mnie wydany na zakupy tysiak? moze ze dwa dni mnie cieszy. nie wyobrazam sobie tak resztyzycia…. bo to oznacza, ze polowe spedze sama. i dobrze znam plusy tej sytuacji,z czasem jednak przestaja byc cokolwiek warte

  7. Anonymous pisze:

    Jak tu nie być happy, kiedy po 4 miesiącach jedziesz po ukochanego jakbyś jechała na pierwszą randkę? (chociaż zupełnie inaczej jest, kiedy jedziecie na lotnisko, a przed Wami 4 msce rozłąki, ale to skrajności, o których wszystkie, doskonale wiemy). Życie na pewno nie jest podporządkowane sztywnym regułom i nie jest wypełnione nudą. A ja jestem z niego dumna, mam 100% faceta, dzielnego, zdolnego do poświęceń Wilka Morskiego ;p No i jak tu nie być happy, kiedy odnajdujesz tyle kobiet w takiej samej/podobnej sytuacji, które doskonale Cię rozumieją?

    Pozdrawiam Was wszystkie gorąco
    Patrycja

  8. Bardzo trafie opisane. Niestety wiele przyjaźni się kończy z czasem jak stajemy się bardziej niezależni finansowo i tak jak napisałaś nasz poziom życia się podnosi. Ludzie wrzucają nas do jednego wora, zarzucając wyniosłość choć my się nic nie zmieniłyśmy. Jesteśmy dziewczynami/żonami marynarzy, którzy pozostawiają na naszej głowie dom,swoje kobiety,dzieci i wszystkie problemy tylko po to by nie zamartwiać się „rachunkami”, ale tym samym rodzą się inne zmartwienia, bycie samotna żoną i matką. W naszych związkach tak jest, coś za coś i nie oszukujmy się nasi mężowie pływają tylko dla pieniędzy, nikt przecież z kaprysu nie spisuje się na życie poza lądem i dlatego też my żony marynarzy rekompensujemy sobie wszystkie te wyrzeczenia podróżami czy zakupami i niech to idzie nam na zdrowie 🙂 Ja również jestem happy i nie zamieniałaby swojego życia na żadne inne 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *